W tym roku odpowiedzialnie zaznaczyłam datę urodzin Sweetwater Hills w kalendarzu i ich nie przegapiłam. A to już czwarte. Za to z kadrowania zdjęć, na szybko przed pracą, zadowolona nie jestem i może pojutrze zrobię nowe (choć nie wiem czy jest sens, bo w porównaniu z zeszłym rokiem SH i Catfish Cove nie zmieniło się ani o budynek, jeśli dobrze widzę).
Sweetwater Hills ponownie w jesiennej scenerii, a oprócz przemijających pór roku i wieku niektórych simów, to żaden nowy budynek nie powstał.
Podobnie jak w Catfish Cove – gdyby nie inne kadrowanie można by pomyśleć, że to te same zdjęcia, o losie, może za rok coś się zmieni.
I tylko w wakacyjnym otoczeniu, które nawet nie wiem czy będzie działało tak, jak powinno działać wakacyjne otoczenie, zaszła jakaś zmiana. Pięć i pół nowej parceli w ciągu roku.
B L A C K W O O D
Czasem po pracy, w piątki, ale nie każde, by móc uznać to za problem, Laurence lubił wypić drinka lub dwa, siedząc samotnie przed telewizorem, komputerem lub grając w szachy. Bywały dni, kiedy towarzyszyła mu Tilly, ale nieczęste.
To sobotnie i niedzielne poranki należały tylko do nich. Budzili się wcześnie, raczyli całusem, takim jak zawsze przed pracą, a potem wracali do łóżka i leżeli w objęciach przez godzinę lub dwie. Ewentualnie aż do późnego śniadania.
Kilka pokojów dalej, Astor i Esther praktykowali to samo, a już niedługo, gdy tylko Astor przekaże stołek burmistrza synowi i przejdzie na zasłużoną emeryturę, tak zacznie wyglądać ich codzienność.
Z Jude'em Sinclaire'em Lucien ledwo potrafił żyć w neutralnych stosunkach, za to inaczej sprawy się miały z jego młodszą siostrą, Myrą. Myra, zawsze miła i urocza, została bliską przyjaciółką Luciena.
Tilly przejęła krzesło prezeski w firmie, w której pracowała od początku. Może nie wszyscy pracownicy patrzyli na jej awans przychylnie, bo choć społeczeństwo stawało się coraz bardziej postępowe, to simki na wysokich stanowiskach nadal budziły kontrowersje, ale kto by się przejmował zdaniem innych? Zasłużyła na ten awans.
Nala, coraz bardziej leciwa, potrzebowała czułości i uwagi, którą zawsze potrafiła dostać od domowników, zwłaszcza Laurence'a.
Niestety dni Nali dobiegły końca i kiedy nadszedł odpowiedni moment, zjawił się Mroczny Kosiarz. Zachowywał się jakby koszenie dusz zwierząt sprawiało mu najprawdziwszy niesmak, w przeciwieństwie do rozprawiania się z simami, ale, cóż, taka praca.
Gdy w Sweetwater Hills nadeszły wybory nowego burmistrza, Laurence wygrał znaczną przewagą głosów. Umówmy się, lata ciężkiej pracy nie zapewniłyby mu aż takiego poparcia, gdyby nie to, że nosił znane nazwisko, a mieszkańcy dobrze wspominali poprzedniego Blackwooda.
Cel życiowy Laurence'a osiągnięty…
…natomiast Astor mógł przejść na emeryturę i spędzić pozostałe mu dni na pielęgnacji bliskich relacji aż do grobowej deski. Choć dla Esther zawsze znajdował czas, to dla syna, pominąwszy sprawy zawodowe, czy wnuka już nie koniecznie.
Tak dumny, jak po wygranych wyborach, Astor z Laurence'a jeszcze nigdy wcześniej nie był, choć syn już od najmłodszych lat niejednokrotnie dawał powody do dumy.
Astor zorganizował kolację, na którą zaprosił najbliższych przyjaciół Laurence'a. Wzniósł toast ku jego czci, życząc udanej i wieloletniej kadencji.
Razem z Evanem i Aileen do Blackwoodów przyjechali Jude i Myra. Pogoda dopisywała, więc nastolatkowie spędzili całe popołudnie nad basenem.
Jude, który niechętnie zgodził się, by przyjechać, mógł chociaż nacieszyć się przyjemną wodą, bo z rozmów Luciena i Myry czuł się kompletnie wykluczony. Nie żeby mu zależało…
Teraz, kiedy główne biurko w domu oficjalnie przynależało już do Laurence'a, ten mógł wymienić zdjęcie obok monitora na to, na którym pozował z Lucienem, a nie jako dzieciak z Asotrem.
Dokarmianie rybek. Już którychś z kolei.
Esther i Astor cieszyli się wspólnymi chwilami, które im pozostały.
Dom bez psa to dom smutny i Laurence, który uporał się z żałobą po poprzednich czworonogach, postanowił udać się do schroniska skąd wrócił z maleńką Toffi. Toffi, w której od razu każdy się zakochał, zwłaszcza Lucien.
Już za niedługo Lucien rozpoczynał studia i z tej okazji (i żeby uczcić znakomite świadectwo i zdane egzaminy w liceum) rodzice zabrali go do eleganckiej restauracji w Catfish Cove.
Jako główny posiłek zaserwowano naprawdę wykwintnego homara. Do tego Laurence zamówił najlepszego szampana i pozwolił Lucienowi również się napić.
Lucien nie musiał martwić się kłopotliwymi współlokatorami z akademika, bo od pierwszego roku wynajmował niewielki domek, co nie powinno nikogo dziwić. Nikogo nie powinien też dziwić wybór kierunku nauk politycznych.
W tej samej grupie, co on, była też niesamowita Alicent Ford, która urzekła Luciena od pierwszego spojrzenia. Niestety, poza zajęciami, nie miał zbyt wielu okazji, by gdzieś ją spotkać, więc gdy tylko natknął się na dziewczynę w budynku rekreacyjnym, zaproponował rundkę bilarda.
Podczas wspólnej gry bawili się tak świetnie, że Lucien zaproponował, by wyszli kiedyś razem do klubu. Alicent z wielką chęcią przystała na propozycję.
Choć Lucien nie należał do zapalonych tancerzy, to z Alicent tańczyło mu się naprawdę dobrze. Może dlatego, że tak bardzo ją polubił, może dlatego, że ona sama nie radziła sobie najlepiej, więc nie czuł się onieśmielony.
Potem umilili sobie wieczór puszczaniem baniek z dmuchawy.
Na zakończenie spotkania – już tak dla jasności, żeby nikt nie miał później wątpliwości, czy sygnały okazały się niejasne – jeszcze jawnie poflirtowali ze sobą.
Jako że w wynajmowanym przez Luciena domu panował spokój, Alicent, tuż przed egzaminami końcowymi, została częstym gościem. O dziwo potrafili skupić się na nauce, a nie tylko na sobie nawzajem.
Częstotliwość wizyt Alicent nie zmniejszyła się po egzaminach, a wręcz przeciwnie – w pewnym momencie Lucien zaproponował jej, by wprowadziła się na stałe, ale mimo braku luksusów, nie chciała się przenosić z akademika. Zresztą nawet nie zaczęli być oficjalnie parą, nie tak dawno zaledwie pocałowali się po raz pierwszy…
A potem całowali się po raz drugi, trzeci i każdy kolejny aż w końcu zdobyli się na następny krok i łóżko posłużyło do czegoś więcej niż spania.
Na randki też zdarzało im się chadzać, owszem. Nie ma to jak połączenie wykwintnego homara (no może niezbyt wykwintnego, takiego na studencką kieszeń) i fałszowania do mikrofonu.
Pod koniec jednej z nich już oficjalnie przypieczętowali swoją relację jako związek. To nic, że od miesięcy zachowywali się jak para, wcaaale, ale wypada się oficjalnie zadeklarować, żeby nie doszło później do nieporozumień.
Po powrocie do Sweetwater Hills – i owocnym ukończeniu nauk politycznych; w przypadku Luciena z najwyższym wyróżnieniem, a Alicent po prostu z wyróżnieniem – Lucien przedstawił dziewczynę rodzinie.
Po rodzinnej kolacji, Lucien zamartwiał się, czy Alicent wystraszył natłok pytań, głównie ze strony Astora, który zachowywał się, jakby przeprowadzał aż nazbyt prywatny wywiad.
– To nie z twoim dziadkiem jestem, a z tobą – zauważyła Alicent, kiedy we dwoje udali się do starego pokoju Luciena. – Jakoś z nim przeżyję.
Ostatecznie wizyta Alicent zakończyła się nocowaniem i wspólnie gnieździli się na jednoosobowym łóżku, zupełnie jak kiedyś w akademiku dziewczyny.
Lucien przystąpił do rozsyłania CV. Choć wiedział, że jego los został w zasadzie przypieczętowany i skończy jako burmistrz Sweetwater Hills, to musiał dać mieszkańcom inne powody do głosowania niż dobrze kojarzone nazwisko.
Nadszedł kres życia Esther Blackwood. Kiedy obudzona lekkim głodem zeszła nocą do kuchni, żeby przegryźć kilka ciasteczek, nie spodziewała się spotkania z samym Mrocznym Kosiarzem. Astor również nie przewidział nagłego odejścia żony.
Mimo żałoby w domu Blackwoodów, życie musiało toczyć się dalej. Lucien wybrał zatrudnienie w głównym sądzie w SimCity – miał to szczęście, że mógł przebierać w ofertach, bo jego podania niemal wszędzie zostały rozpatrzone pozytywnie.
Toffi wyrosła ze szczeniaczka na… niewiele większą od szczeniaczka i równie przesłodką psinę. Nadal adorowaną przez wszystkich domowników, bo tylko największy socjopata nie zakochałby się w tych pięknych oczach.
Pewnego piątkowego wieczoru Lucien zaprosił Alicent na randkę do jednej z elegantszych restauracji w Catfish Cove, gdzie kosztowali wytwornego homara, jak za studenckich czasów, tylko, że ten wypadł dużo lepiej, i równie smacznego, bezalkoholowego szampana.
Choć wyjścia do restauracji nie były czymś wyjątkowym w relacji Alicent i Luciena, to dziewczyna przeczuwała, że tego dnia może dojść do oświadczyn – Lucien tygodniami, w jego mniemaniu dyskretnie, wypytywał jak zapatruje się na instytucję małżeństwa i zakładanie rodziny. Choć nie przeżyła największego zaskoczenia pod słońcem, to i tak myślała, że na widok pudełeczka z pierścionkiem zemdleje ze szczęścia.
Oczywiście Alicent przyjęła oświadczyny. Jak mogłaby postąpić inaczej, skoro kochała tego sima najbardziej w całym świecie. Obawiała się tylko wprowadzenia do domu Blackwoodów na stałe – ale zawsze mogli z Lucienem wynająć albo kupić mieszkanie, może nawet wybudować własny dom, jeśli porozmawia z nim szczerze – choć Astor ostatnimi czasy jakby się do niej przekonał.
Po romantycznej kolacji odwiedzili elegancki butik w budynku obok. Alicent przygotowała się finansowo na taką ewentualność, gdyby coś wpadło jej w oko, i choć ceny okazały się jeszcze bardziej kosmiczne, niż zakładała, to wystarczyłoby jej na ubranie, które wypatrzyła. Ale Lucien zaproponował, że zapłaci i choć nigdy nie spotykała się z nim ze względu na status majątkowy (jak podejrzewał Astor, oczywiście), to uznała to za miły gest i przyjęła prezent.
N O V A K
Na Ricie, wyjątkowo krnąbrnej psinie jeśli chodziło o kąpiele, nawet wojskowa dyscyplina, którą usiłował wprowadzić do łazienki Victor, nie zrobiła wrażenia.
Martie, jak u nieśmiałych dzieciaków nierzadko bywa, wolał spędzać wolny czas w otoczeniu książek niż rówieśników. Długie sobotnie przedpołudnie z powieścią należało do największych przyjemności.
Pasja do ogrodnictwa – tzn. dbania o te biedne pomidory, które tylko jak na razie potrafił posadzić – nie umarła w Victorze. Ba, poświęcił się zajęciu do tego stopnia, że potrafił zimą wychodzić do szklarni nim zaczynało świtać.
Andrea awansowała, a krótko po niej ten sam zaszczyt spotkał Sebastiana. Na finanse nie mogliby narzekać, nawet jeśli mieszkaliby we własnych czterech kątach.
Czasami Sebastian i Andrea zastanawiali się, czy powiększyć ich niewielką rodzinę o jeszcze jednego członka, ale dochodzili do wniosku, że Martie i Rita im wystarczą, a jeśli już, to adoptują raczej kolejnego psa niż zrobią dziecko.
Mimo że Martie od lat uczęszczał do szkoły prywatnej, nadal nie przekonał się do odrabiania prac domowych (zdecydowanie wolał czytać czy uczyć się nowych rzeczy dla przyjemności), ale rodzice zawsze potrafili zagonić chłopca do nauki.
Może pomidory wyhodowane przez Victora nie należały do najbardziej dorodnych okazów, ale i tak był z siebie dumny, że w ogóle coś z tego wyrosło, i zajadał się nimi ze smakiem (w przeciwieństwie do reszty rodziny).
Rita, najsłodsza psina świata, uwielbiała towarzyszyć Victorowi, kiedy oglądał telewizję. Jednak nie od zawsze – być może psina wyczuwała zbliżający się koniec dni Victora.
A koniec nastał akurat podczas jednego z seansów i Rita jako pierwsza ujrzała jak z Victora uchodzi życie, a on odchodzi w zaświaty z drinkiem w ręku i w towarzystwie tancerek hula; zwierzęta widziały więcej niż większość simów.
Rodzinę podłamała śmierć nestora rodu, zwłaszcza Martie'ego i Sebastiana, dla którego ojciec przez lata pozostawał niedoścignionym wzorem. Andrei również brakowało teścia, zdążyła się przywiązać przez tyle lat wspólnego mieszkania.
Czas jednak nie stanął w miejscu i niedługo potem Martie musiał się przygotować do zdmuchnięcia świeczek na torcie. Na kameralnym przyjęciu, wszyscy zgodnie uzgodnili, że w tym roku nie chcą urządzać urodzin, w końcu zrobiło się jakoś weselej.
Martie wyrósł na przystojnego młodzieńca. W jego szarych oczach i niesfornej fryzurze podkochiwały się nie tylko dziewczęta, ale on, póki co, nie interesował się absolutnie nikim.
Rozstawiony za domem tor przeszkód, wzbudzał w Martie'em coraz większe zainteresowanie. Nie zastanawiał się jeszcze poważnie nad tym, jaką karierę wybierze w przyszłości, ale gdyby tak pójść w ślady rodziców i dziadka?
Pod nieobecność Sebastiana i Andrei, Rita zajmowała ich łóżko. I choć starali się pamiętać o zamykaniu drzwi, ponieważ spanie wśród psiej sierści nie należało do najprzyjemniejszych, to jednak czasami ktoś zapomniał o tym. Albo Rita nauczyła otwierać się je sama?
Co jak co, ale rodzice nie będą wiecznie stać nad głowami dzieci, kiedy te odrabiają zadania. Paradoksalnie, odkąd cała odpowiedzialność za naukę spadła na Martie'ego, stał się pilniejszym uczniem (choć, oczywiście, gdy czegoś nie rozumiał i potrzebował pomocy, zawsze mógł zwrócić się do aktualnie przebywającego w domu rodzica).
Martie postanowił popracować nad kondycją. W razie gdyby rzeczywiście podjął się kariery wojskowej, musiał być w dobrej formie, a jeśli jednak wybierze inną ścieżkę zawodową, to przynajmniej będzie czuł się i wyglądał dobrze.
S I N C L A I R E
Liceum to już nie przelewki i choć Myra od zawsze zaliczała się do grona pilnych uczennic, to postanowiła uczyć się z jeszcze większym zapałem. Nigdy nie odkładała zadań czy nauki do egzaminów na później, nie chcąc utonąć w zaległościach.
Choć Jude dostawał równie dobre stopnie, co siostra, nie uczył się tak pilnie. Myra uznawała za straszną niesprawiedliwość, że ona, z nosem ciągle schowanym w książkach, porównywana była do niego, nie odwrotnie.
À propos nosa w książkach – Aileen wciąż musiała podnosić kwalifikacje, by dostać kolejny upragniony awans.
Gdy żona spędzała czas na dodatkowej pracy, Evan – również tłumacząc się pracą, która rzekomo zatrzymała go na dłużej – spotykał się w Catfish Cove z różnymi simkami. Odkąd poznał uroki aplikacji randkowych, nie musiał już nawet bawić się w poznawanie kobiet w klubach.
W motelu od razu przeszedł do rzeczy z ledwo co poznaną panną, z którą wymienił wcześniej zaledwie kilka wiadomości. Cóż, zawsze mogła się okazać seryjną zabójczynią, ale kto by się przejmował? Z pewnością nie Evan, skoro w łóżku zgrali się tak dobrze.
W życiu Jude'a pojawiła się pewna dziewczyna. Co prawda kojarzył ją od lat, chodzili do tej samej szkoły, ale dopiero od niedawna spoglądał na Shirlee Waters inaczej niż na koleżankę z klasy niżej. W końcu, nie zważając na docinki kolegów o zakochanej parze (dosłownie szczeniackie zachowanie!), zaprosił ją po lekcjach na kawę.
Po zażyciu dawki kofeiny i długiej rozmowie sam na sam – prawie, bo baristka kręciła się obok – przyszła pora na spacer, jeszcze więcej rozmów i odrobinę flirtu. Kto by pomyślał, że park obok ich szkoły może sprzyjać romantycznym uniesieniom, a nie nadaje się tylko do okazjonalnego wypicia piwa po lekcjach, schowawszy się w krzakach (Jude'a zazwyczaj omijały tego typu zabawy, ponieważ wracał autobusem, a droga do Sweetwater Hills trwała wieki).
Lucien Blackwood nie z rzadka wpadał do Myry w luźniejszy dzień po szkole lub weekendami. Myra, od jakiegoś czasu wpatrzona w niego jak w obrazek, jeszcze bardziej niż kiedyś, nie posiadała się z zachwytu, choć przeczuwała, że Lucien nadal uważał ją tylko za przyjaciółkę. Nie czekając aż Lucien sam dojdzie do wniosku, że ją kocha, komplementowała go często, a nawet próbowała nieumiejętnie flirtować, by przyspieszyć bieg wydarzeń.
Ale Jude domyślił się uczuć, jakimi młodsza siostra darzyła Luciena, przed samym obiektem westchnień, i zaprosił raz Blackwooda do pokoju na rozmowę. Poprosił, żeby usiadł na krześle, a sam stanął nad nim tak, że Lucien mógł poczuć się jak na przesłuchaniu.
Kiedy Jude zarzucił Lucienowi, że próbuje dobrać się do jego młodszej siostry, ten poczuł się niezwykle urażony i zmieszany i zaczął tłumaczyć, że przecież, na Wszechwidzącego!, tylko się przyjaźnią.
Jude odpuścił dopiero wtedy, kiedy Lucien przyrzekł, że jego relacja z Myrą nigdy nie wyjdzie poza sferę przyjacielską i ograniczy odrobinę wizyty w domu Sinclaire'ów.
Oczywiście Myra dowiedziała się o całym tym przedstawieniu w wykonaniu brata i wściekła się nie na żarty. I nie tylko na Jude'a, ale na Luciena również, że dał się tak łatwo zmanipulować.
Wściekłość na brata, złamane serce, bo Lucien nie odwzajemniał uczuć Myry – o czym powiedział jej, bardzo delikatnie i kilkukrotnie przepraszając, kiedy się znowu spotkali – przynajmniej udowodniły, że naprawdę nadaje się na aktorkę; codziennie rano wkładała na twarz maskę i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Związek Jude'a i Shirlee kwitł. Właściwie jeszcze nie związek, ale po romantycznym posiłku, zjedzonym co prawda jeszcze w szkolnych mundurkach, Jude zamierzał zapytać Shirlee, czy to, co działo się między nimi, było dobrą podstawą do tego, by została jego dziewczyną.
I zapytał, a ona nie miała powodów, żeby się nie zgodzić. Wyznała, że czekała na ten moment, odkąd zaczęli widywać się po lekcjach. Związek przypieczętowali pocałunkiem i chociaż oboje całowali się po raz pierwszy, więc wyszło niezgrabnie i zupełnie nie tak jak na filmach, to nie mogli sobie wyobrazić lepszego pocałunku.
Między spotkaniami z innymi kobietami, Evan cały czas pamiętał o Aileen, której, pomimo dwukrotnej ciąży, niczego nie brakowało. Była piękna i wspaniała, doświadczona w łóżku, i czasami Evan, kiedy wyrzuty sumienia nadchodziły falą, zastanawiał się, co z nim nie tak, że nie potrafiła mu wystarczyć.
Kiedy Evan myślał o zaletach Aileen, czasami zapominał wymienić jej inteligencję, a – w istocie – mądrości jej nie brakowało. I ambicji, bo myśląc o awansie na horyzoncie, wciąż się dokształcała.
Jude zaprosił w końcu Shirlee do siebie. Może i byli młodzi, w dodatku swoimi pierwszymi partnerami, ale, patrząc w jej zielone oczy, myślał o tym, że kiedyś zamieszkają razem i to prawdopodobnie tutaj, w Sweetwater Hills, nawet w tym samym pokoju, gdzie stali.
Odwiedziny Shirlee okazały się również sprzyjającą okazją, by dać upust buzującym nastoletnim hormonom. Jasne, planowali, że może tego dnia będą po raz pierwszy współżyć, ale dopóki Jude nie wziął dziewczyny na ręce i nie zaniósł do łóżka, żadne z nich nie było pewne czy faktycznie do tego dojdzie.
Tak jak z pierwszym pocałunkiem, pierwszemu bara-bara daleko do idealnego – chociaż i Jude i Shirlee, jak się potem przyznała, próbowali nadrobić brak doświadczenia poradnikami – ale oboje uważali, że wyszło wspaniale, bo przecież robili to, i uczyli się na przyszłość, ze sobą.
Śmierć upomniała się po Alberta, który egzystował na tym padole dłużej niż się spodziewał. Sądził, że niedługo po Helenie, Kosiarz przyjdzie również po niego, ale skazał go na kilka lat samotności. Samotności w cudzysłowiu, bo przynajmniej Albert zyskał czas, by nacieszyć się wnukami i zobaczyć jak wyrastają na wspaniałych, młodych simów.
Wkrótce Jude wyjechał na studia do Lakeside Academy, gdzie postanowił kształcić się w dziedzinie ekonomii, a do kształcenia się, trzeba przyznać, przyłożył się naprawdę porządnie.
Po nocach zajadał głód chrupkami i mamusia z tatusiem, a już na pewno świętej pamięci babcia Helena, nie byliby zadowoleni, gdyby wiedzieli. Shirlee, z którą zwykł rozmawiać do późnych godzin, uskarżała się na jego dietę, ale obiecał, że kiedy za rok do niego dołączy, sama zobaczy jak wygląda dieta studenta (tłumacz się, jasne).
Rok później do akademika dołączyła Shirlee w duecie z najlepszą przyjaciółką, Aspen Walker. Shirlee zdecydowała się na kierunek historyczny.
Jude nie mógł wyjść z zachwytu, że w końcu będzie widywał się z Shirlee codziennie, a randki online pójdą wreszcie w zapomnienie, choć trzeba przyznać, że poza fizyczną bliskością, to niewiele im brakowało do randek marzeń.
Jude rozważał wynajęcie domku – mieszkanie w akademiku po czasie przestało jawić się jako ciekawa przygoda, a stało się iście męczące – na wpół z Shirlee, a nawet jej przyjaciółką, ale dziewczyna grzecznie odmawiała z uwagi na brak własnych środków, bo tak, może i uczyła się w najlepszej szkole prywatnej w okolicy, ale tylko dzięki stypendium dla sierot. Aspen również nie opływała w bogactwa, a Shirlee nie chciała zostawić jej samej.
W wolnych od nauki chwilach, a nie było ich znowu tak wiele, wybierali się czasem całą trójką do klubu, gdzie Jude odkrył, że taniec może być całkiem w porządku, jeśli tańczysz z ukochaną osobą.
Shirlee i Aspen dla rozgrzania umysłu (i nabicia punktów logiki) regularnie, niemal codziennie, rozgrywały rundkę szachów lub dwie. I to bynajmniej nie w ciszy, nie zawsze, bo lubiły w trakcie poplotkować. Potem Shirlee żałowała tych plotek, bo Aspen, która najwidoczniej miała lepszą podzielność uwagi, albo okazała się świetną szachistką, ale lepiej wierzyć w to pierwsze, wygrywała znacznie częściej.
Kolejnym sportowym zainteresowaniem po szachach stały się wszelkiego rodzaju mecze – przynajmniej dla Jude'a i Aspen, bo Shirlee oglądała to, co się działo na ekranie, bez większych emocji.
Kiedy Jude zdał ostatnie egzaminy i już wkrótce miał wracać do Sweetwater Hills na stałe, postanowił zdobyć się na wielki krok i oświadczył się Shirlee, podczas gdy, prawdopodobnie ostatni raz, spacerowali wspólnie po kampusie.
Shirlee przyjęła oświadczyny Jude'a z wielką radością i oboje uronili odrobinę łez wzruszenia. Shirlee obawiała się, że ostatni rok studiów spędzi na umieraniu z tęsknoty, nie intensywnej nauce. Jude co prawda obiecywał, że w następnym semestrze regularnie będzie ją odwiedzał, bo inaczej sam też zwiędnie, ale, szczerze mówiąc, żadne z nich nie spodziewało się spotkań na żywo kilka razy w miesiącu.
Całe szczęście, współmieszkanką w akademiku nadal pozostawała Aspen, z którą Shirlee potrafiła spędzić długie jesienne i zimowe wieczory (ciągnęły się najmocniej), a także te kolejne (bo wiosną i wczesnym latem czas wcale nie mijał szybciej) nie tylko na wspólnej nauce, ale i zabawie. Tyle, że najwyraźniej przesadziła z tym drugim, bo studia ukończyła po prostu z wyróżnieniem – nawet nie wysokim, jak Jude, o najwyższym nawet nie wspominając.
Po studiach Shirlee zamieszkała u Sinclaire'ów i nie widywała już Jude'a sporadycznie w weekendy, a miała go na co dzień. Oboje nie posiadali się z radości, że w końcu zamieszkali naprawdę razem – mieszkanie w tym samym akademiku to tylko mała namiastka.
Shirlee szybko zaczęła szukać pracy i złościło ją trochę, że Jude ostatni rok spędził na łapaniu się prac dorywczych i odpoczynku przed dorosłością. Albo po prostu zazdrościła, że mógł sobie na coś takiego pozwolić, przyznała w końcu przed samą sobą, a potem przed Jude'em, by nie było między nimi żadnych niedopowiedzeń.
Wcześniej Myra nie poznała Shirlee zbyt dobrze – te kilka lat temu para gołąbeczków zamykała się wiecznie w pokoju Jude'a i robiła Wszechwidzący wie co – ale Watersówna okazała się wspaniałą rozmówczynią oraz trochę mniej wspaniałą szachistką, co Myra uznała za kolejną zaletę, bo przynajmniej mogła częściej wygrywać
W końcu Shirlee znalazła pracę w kancelarii prawniczej. Niestety na razie jako recepcjonistka i jasne, mogła spróbować ukończyć studia z wysokim bądź nawet najwyższym wyróżnieniem, ale i tak zdawało jej się niesprawiedliwe, że Jude od razu wskoczył na pozycję wicedyrektora.
Aileen natomiast dostała awans i została klonerkę dinozaurów. Choć wcześniej marzyła o szczycie kariery i nazywaniu się ekologicznym guru, to poważnie zaczęła rozmyślać czy nie pozostać na aktualnym szczeblu kariery aż do emerytury. Kto by pomyślał, że dinozaury mogą być takie fascynujące?











































































































































