Strony

2. Ryder – 1; Collins – 1; Viltchak – 1

I ostatni, hah, czyli drugi, post, w którym chronologia trzyma się kupy, kiedy wrzucam zdjęcia z kilku tur pod rząd w jednej rodzinie. Potem to nie wiem, co robić (dobrze, być może, kiedy publikuję ten post już wiem, bo robię sobie zapasik postów średnio wiem, co robię, ale robię). Za to udało mi się odjąć sobie jeden problem – odmianę niektórych imion (ekhm, Mickey, ekhm, Mattie, ekhm, przeklęte apostrofy), bo skoro wszystko w tych moich simsach takie umowne i alternatywne, to odmiana czy pisownia imion i nazwisk też niech będzie. 

R Y D E R
Elias i Isidora Ryder mieszkali w typowej dla Sweetwater Hills okolicy, wśród pól uprawnych i lasów, i parali się typowym dla przeciętnego mieszkańca Sweetwater Hills zajęciem – to znaczy ogrodnictwem (jednocześnie będąc jedyną rodziną z ogródkiem, ale ciii, założenia miasteczka były inne). Elias pracował jako agent ochrony, Isidora póki co dbała o ogród.

W mundurze do pracy i do sypialni. Ale nie, Elias nie ubrał się tak specjalnie do ogrywania łóżkowych scenek – po prostu późno wracał do domu.

Dobra, ujdzie, myślała Isidora (nazywająca się jeszcze wtedy Izoldą), przeglądając oferty prac. I tak nie znajdę niczego lepszego.

Praca pracą, ogród ogrodem, ale może warto postarać się o potomstwo, żeby później nie być emerytem, kiedy dzieci poczną pierwsze dzieci (naprawdę, człowiek niekoniecznie jest pomarszczonym starcem, kiedy rodzi mu się pierwsze wnuczę; potem poprzestawiałm wiek simów przez SimPe i jest lepiej, w końcu nie muszę rozmnażać simów od razu, kiedy wkroczą w dorosłość).

Próby sprowadzenia na świat nowej istoty okazały się jak najbardziej owocne.

Cóż z tego, że Isidora, będąc w ciąży, do pracy chodzić nie musiała (nie mogła)? Pomidorsami zająć się trzeba, żeby potem mieć za co rodzinę wyżywić. I czym wyżywić, ale właściwie większość warzyw i owoców szła na sprzedaż.

A nocną porą nastał czas porodu. Dzieci uwielbiają pchać się wtedy na świat, uwielbiają (to nie tak, że to moja wina, bo o dziecko każę simom zwykle starać się w takich godzinach, że później poród tak wypada, ciii).

I tak oto na świat przyszła Eleonore Ryder, zielonooka blondynka – czyli kolorystycznie totalnie ojciec.

Eleonore krótko czekała na rodzeństwo. Elias zarabiał już wtedy znacznie lepiej, jako młodszy detektyw, Isidora od dawna nie pracowała (rzuciła pracę jakoś w trakcie pierwszej ciąży, choć wcześniej nawet awansowała), ogródek przynosił ładny dochód – idealne warunki do powiększenia rodziny.

Wyrośnięta Eleonore; (i choć zawsze wydawało mi się, że bardziej przypominała ojca, jak się okazało – nos, usta, oczy chyba też są po matce, całe szczęście, bo odkryłm, że ojcowska twarz jest popsuta, przynajmniej nos, który u simek jest przedługi).

Przed wskoczeniem do łóżka szczebiotanie do brzucha…

…a w nocy – oczywiście – pobudka.

Ian Ryder przynajmniej rude włosy odziedziczył po matce, jednak zielone oczy Eliasa zdominowały błękit Isidory (nie zliczę ile razy losowałm tego dzieciaka).

Pierwsze kroki i pierwsze upadki. A w tle Ian śpiący twardo niczym kamień.

Prawie jak z albumu rodzinnych zdjęć.

Ian dorastał…

…i Eleonore również, a że urodziny z małego dziecka na dziecko to już nie przelewki – tort wypadało zakupić.

Och, tak. Po minie Eleanore widać, jak uświadomiła sobie, że od jutra i przez wiele kolejnych lat czeka ją nauka i szkoła. Jakże ona szczęśliwa. + a z uroczych koczków przerzuciła się na również urocze warkocze.

Nie tylko Isidora, spędzająca większość czasu w domu, nauczała dzieciaki podstawowych umiejętności. Elias również się do tego przykładał. Zwłaszcza kiedy nad ranem wracał z pracy, Ian już wyspany i rozwrzeszczany, a Isidora i później, kiedy już sama nie wrzeszczała, Eleanore wolały wstawać o normalnej godzinie.

Tak jak w prawdziwym świecie za dawaniem dzieciakom żywych istot pod opiekę zdecydowanie nie jestem, tak w simsach nie widzę tego problemu (ekhm, dwójka, trójka dzieci na jeden pokój, jeśli tylko jest odpowiednio wielki i dobrze urządzony, też w mojej grze przechodzi). Zwłaszcza, że Eleonore to raczej poważna, uprzejma i spokojna dziewczynka – miała to, dosłownie, wpisane w geny.


I tak oto w domu Ryderów zamieszkał adoptowany ze schroniska Hamilton, jeszcze z ogonem (został tak ochrzczony jeszcze przed moją wstydliwą muscialową fazą, ale w pełni świadomie, uznałm, że niech będzie, Eleanore zostanie hamiltoniarą).

No z Eleanore Elias tak czule się nie obchodził, tyle czasu z nią nie spędzał (ok, no pewnie jednak tak, ale po prostu nie mam screenów #jakboli).

A na zimę pomagaliśmy rodzicom w szklarni, dlatego potem woleliśmy wynajmować mieszkania, mieć spokój od tej przeklętej natury. Ian wyniósł się nawet do miasta, ale ledwo potrafił spłacić rachunki, mogłaby wspominać Eleanore na starość.

Hamilton wyrósł na dumnego kocura, gubiąc gdzieś po drodze ogon (nadal umieram przez tę sytuację, czemu ta gra tak działa).

Kolejne urodziny – tym razem Iana (jedno zdjęcie przez okno, żeby nie było później, że matka i siostra nieobecne).

Rude toto i piegowate, to na pewno Weasley (ewentualnie Viltchak).
(i Ian i Elka mają usta chyba po ojcu, jak tak teraz patrzę, mam nadzieję, że w następnym pokoleniu przejdą (ale mają jeszcze tylko jedną szansę – dwie jeśli będą bliźniaki – bo już raz nie przeszły, a je bardzo lubię); nie, to jednak usta Isidory.)

C O L L I N S
Tak. Mniej więcej w czasie tworzenia tego budynku zaczęła się moja faza na niepraktyczne pseudokamienice i miłość do tych dachów. Nie mogłm odpuścić – ktoś już na starcie gry musiał w tym budynku (albo po sąsiedzku) zamieszkać.

Zamieszkanie w „centrum” Sweetwater Hills przypadło Arthurowi Collinsowi i jego dziewczynie, Janis (której nazwiska niestety nie pamiętam). Wprowadzili się do kamieniczki, którą Arthur odziedziczył po jakiejś rodzinie, więc nie musieli później spłacać pożyczki za dom.
On po studiach na kierunku matematycznym, ona – filozofia. Aspirujący architekt i dziewczyna z marzeniem o zostaniu słynną na cały świat (a przynajmniej kraj) kuchmistrzynią.

Arthur uznał, że chyba już starczy tego życia na kocią łapę i zapytał Janis o rękę. Może i w niezbyt romantycznej scenerii, bo na chodniku tuż przed domem, ale Janis nie odmówiła.

O ślubie jak na razie nie myśleli. Może kiedyś, oboje byli w tej kwestii zgodni. Dziecko? Meh, też jeszcze za wcześnie.

Od kelnerki do pomocy kuchennej. Może póki co niezbyt wdzięczna robota, ale Janis cieszyła się, że w końcu dopuszczono ją do prawdziwej kuchni.

Jeśli nie dziecko, to kot. Och, tak, Janis w końcu spełniła odwieczne kocie marzenie i adoptowała ze schroniska Kluskę. Zdecydowała się na starszego kota, wiedząc że kocięta chętniej bywają adoptowane, a taka Kluska niekoniecznie kogoś zainteresuje.

Kluska to atencyjna… kocica

(a takie tam zdjęcie do powieszenia na ścianie.)

Czułości…

…i jeszcze więcej czułości. Kluska nieustannie się jej domagała.

Kot kotem, ale Janis i Arthur uznali, że jednak chcieliby wymieszać własne geny. Jeden wolny pokój na piętrzy się kurzył, więc miejsce na dziecko jak najbardziej mieli.

I, owszem, niebawem okazało się, że Janis spodziewa się dziecka. Choć nie dręczyły jej żadne poranne mdłości i inne nieprzyjemności, testy ciążowe i wizyta u ginekologa przypuszczenia potwierdziły.
Arthur i Janis uczcili tę wiadomość spokojnym i cichym ślubem, do którego nie przywiązywali większej wagi – w końcu kochali się i bez niego, ale postanowili odhaczyć ten podpunkt z listy; przynajmniej nikt nigdy nie będzie mieć podstaw do nazywania ich dziecka bękartem.

Szefowa kuchni, która spowodowała pożar podczas przyrządzania obiadu. Może jednak nie w pełni zasłużyłaś na awans, Janis?

Nocny poród, kilka dni w szpitalu i w końcu we wspomnianym pustym pokoju zamieszkała Nadia Collins – urocza, z ciemniejszą skórą i jakimś cudem cudownie niebieskooka.

Karmiona przez ojca, który obchodził się z nią tak delikatnie, jakby się bał, że może się potłuc.

Coraz większa Nadia (przepraszam za szyję; a ubranko takie urocze).

A tak uczymy się mówić z ojcem, to jest ignorujemy go.

Nauka chodzenia z matką okazała się trochę bardziej efektywna już od samego początku – prawdopodobnie dlatego, że Janis nie rozczulała się aż tak nad Nadią.

Wkrótce Janis przygotowała tort, ponieważ Nadię czekały kolejne urodziny. Arthur na mini przyjęcie przybył prosto z pracy (pracował akurat na jakimś dziwnym stanowisku – partner architekta, choć wcześniejszy szczebel to po prostu architekt).
Nadia obawiała się pierwszych dni szkoły, ale Janis uspokajała córkę i zapewniała, że na pewno pozna wspaniałych przyjaciół.

V I L T C H A K
Michał i Alicja Viltchakowie zagarnęli w spadku dom po świętej pamięci rodzicach Michała. Nienajgorszy dom w nienajgorszej dzielnicy Sweetwater Hills – bywały gorsze i to całkiem w pobliżu.

Michał, marzący o wielkiej, kulinarnej karierze, uparcie ignorował pozostałe oferty pracy, więc para musiała na ten moment wyżywić się i spłacić rachunki z dochodów ze sprzedaży obrazów Alicji.

I w końcu udało się – w jednej restauracji potrzebowali pomywacza. Michał został przyjęty, choć ucierpiała na tym jego duma. Że niby ja? Pomywaczem? Bo co, bo nie skoczyłem żadnej gastronomicznej szkoły? Bycie utalentowanym samoukiem nie ma znaczenia?

Po pierwszej wypłacie Michał postanowił przyrządzić popisowego indyka; niech im wszystkim w pięty pójdzie, phi, nawet nie widzą, co tracą.

No cóż, mógł odpuścić kurczaka, ale Alicja nawet się nie zezłościła. Kurczak smaczny – naprawdę, on się marnuje na tym zmywaku – a rachunki zapłacą, kiedy znajdzie się ktoś, kto kupi jej najnowszy obraz.

Sprzedawanie jedzenia na wynos nie było szczytem marzeń Michała, ale przynajmniej zarabiał lepiej, więc miło uczcić awans w łóżku.

Kiedy Michał sprzedawał fast-foody irytującym klientom, Alicja malowała kolejny obraz, zamartwiając się. Wpadli. I to pomimo zabezpieczeń. Ledwie wiązali koniec z końcem, a teraz jeszcze dziecko w drodze? Bała się powiadomić Michała o ciąży.

Ale dłużej brzucha ukrywać nie mogła.
– Daj spokój, Alka, czym ty się martwiłaś? Na pewno damy radę. Mnie niedługo awansują, na twoje obrazy jest coraz więcej kupców. Poradzimy sobie z dzieckiem, zobaczysz, będzie mu z nami dobrze.

Poród, rzecz jasna, zaczął się nocą. Michał, pożyczonym w ostatniej chwili samochodem współpracownika, dowiózł Alicję do szpitala na czas. Tam wszystko odbyło się bez problemów.

Niedługo Michał czekał na powrót Alicji do domu razem z – jak się lubił przechwalać kolegom z pracy – moją drugą dziewczyną. Drugą dziewczynę nazwali Leną.

Wyczerpani po dniu pełnym pracy, pracy, pracy.

Alicja miała nadzieję, że to tylko zatrucie pokarmowe, gdy pewnego poranka z trudem zdążyła dobiec do toalety, może za długo przechowywali zupę w lodówce. Alicja, podrzutek w sierocińcu, zawsze marzyła o wielkiej, szczęśliwej rodzinie. Wiedziała jednak, że póki co nie mogliby zapewnić takiej życia na odpowiednim poziomie.

Michał, choć jako beztroski duch wolał skupiać się na tym co przyjemne i niewymagające uwagi, w roli ojca czuł się naprawdę dobrze. Nawet zmienianie pieluch dzielnie znosił i nie obarczał tym zadaniem tylko Alicji.

Lena rosła, a Alicja potwierdziła to, czego tak bardzo się obawiała – po raz kolejny zaszła w ciążę.

– Mówiłeś, że szef obiecał ci awans!
– Może sama poszłabyś do normalnej pracy, a nie tylko te twoje obrazy, obrazy, obrazy? Artystka się znalazła! Zobaczyłabyś choć przez jeden dzień, jak pracują uczciwi obywatele!
– Za te moje obrazy dostaję więcej simoleonów niż ty za cały tydzień roboty! To dzięki nim w ogóle starcza nam na rachunki!
– To nie moja wina, że szef to oszust i złodziej, nawet podwyżki nie da. Może powinienem się zwolnić i, chuj wie, garnki z gliny lepić? Też zostanę, tfu, artystą!
– Ty? No proszę cię, nie potrafisz nawet narysować prostej linii bez linijki, taki jesteś zręczny manualnie. Weź idź się wypchać tym swoim indykiem, na którego znowu niepotrzebnie przepierdoliłeś pieniądze. A tak swoją drogą, jestem w ciąży, palancie. Z bliźniętami.

A Lena spała na piętrze, nie słysząc na szczęście niczego.

Alicja i Michał przeżywali ciche tygodni, nie dni. Leną opiekowali się na przemian, próbując nie wchodzić sobie w drogę, a kiedy już się mijali, to uparcie milczeli.

– No dalej, Lena. Powiedz: „Kocham cię, mamo, tata też, ale to głupek, który każe przekazać przeprosiny”. Kurde, mała, no powiedz tak Ali następnym razem. Lepszych przeprosin nie można sobie wymarzyć…

Lena nie przekazała. Michał wziął się w garść i przeprosił Alicję bez pośrednika. Alicja też przeprosiła za gorzkie słowa. W końcu to nie wina Michała, że szef nie chciał go awansować, choć spełniał wymagania i naprawdę sprawdziłby się w kuchni… Może powinni otworzyć własną restaurację? Kiedy już się trochę dorobią.

Tym razem poród, dla odmiany, rozpoczął się o poranku – w trakcie wizyty w toalecie.

Na świat przyszli dwaj nowi Viltchakowie – chłopcy, Mattie i Mickey. Obaj rudzi i niebieskoocy, choć Mattie nieco bledszy i z jaśniejszymi oczyma po mamie.

Upchanie trzech dziecięcych łóżeczek w jednym, ciasnym pokoju nie było czymś, co Alicja widziała pod hasłem „chcę wielką, szczęśliwą rodzinę”. Pozostawało mieć nadzieję, że uda odłożyć się wystarczająco oszczędności, żeby rozbudować dom albo, czego Michał by nie chciał, przeprowadzić się do innego miejsca.

– Wszystkiego najlepszego, Leno. Niech ci świat łaskawym będzie – rzekł patetycznie Michał nim pomógł zdmuchnąć Lenie świeczki. Oby jego życzenia się spełniły.

Najpierw Lena, później przyszła pora na bliźniaków. Kolejne różnice w ich wyglądzie uwidaczniały się – choćby fakt, że w przeciwieństwie do Mickeya, Mattie miał twarz obsypaną jasnymi piegami.

Dla Leny świat nie okazał się łaskawym. Czy raczej, ujmując rzecz lokalnie, bliźniacy. Małe to to, marudne i nocami nadzwyczaj rozwrzeszczane, wyrywające Lenę z miłych objęć snu. A rano do szkoły, no świetnie, myślała niejednokrotnie.

Michał załamany kolejnymi, nadal nieudanymi, próbami wychowania dziecka-pośrednika.
– Powiedz: „To ja, Michał, Alka, moje słońce i gwiazdy, jak ja cię kocham”. Ale nie teraz, dopiero potem przy mamie. No dobrze… ale najpierw przećwiczymy na próbę.
– …
Kiedy Mickeya dręczył ojciec, Mattie bawił się w tle klockami (bawił – no jasne, że robił to tylko dla rozwijania logiki).

Odrabianie zadań domowych z niewielką pomocą mamy.

Pewnej nocy Lena już miała serdecznie dosyć naprzemiennych pobudek albo przez Mickeya, albo przez Mattiego. Poddała się i przeniosła na kanapę.

Mattie również nie potrafił, i nie pamiętał, powtórzyć: „Alicja, kocham cię, a na rocznicę może przyrządzę homara, chyba nie przesadzę… Pozdrawiam i całuję, Michał”.

Przez ostatnie miesiące Alicja nie czuła się najlepiej – podkrążone oczy, przerzedzone włosy, wiecznie chodziła zmęczona. Za przyczynę takiego stanu uznawała opiekę nad trójką łobuzów, ale dla pewności poddała się badaniom kontrolnym i teraz czekała na wyniki.

Nawet Michał – który na ogół niewiele dostrzegał – zauważył, że Alicja nie wyglądała za dobrze.

Pewnego zimowego popołudnia, kiedy Michał rozwoził jedzenie, a Lena bawiła się z bliźniakami na piętrze, zadzwonił telefon. Płonne nadzieje Alicji, że to tylko przemęczenie zostały rozwiane. Chorowała i szanse na to, że jej się poprawi były raczej niewielkie.
– Powinna pani jak najszybciej przyjechać do naszej przychodni – usłyszała po drugiej stronie słuchawki.

Przynajmniej Michał w końcu doczekał się niezwykle długo wyczekiwanego awansu. Alicja próbowała wykrzesać z siebie choćby odrobinę entuzjazmu.

Zdjęcie idealne do powieszenia na kuchennej (kuchennosalonowej) ścianie.

Alicja w tajemnicy przed rodziną regularnie odwiedzała doktor Kovalsky i przyjmowała leki, dzięki którym choroba nie postępowała tak szybko. Ale czas płynął dalej, życie toczyło się i chłopcy już-już potrzebowali tortu urodzinowego.

Po lewej Mickey, Mattie – po prawej.

Cóż, Alicja należała do tych simek, które z wyznawaniem niewygodnych prawd zwlekały do ostatniej chwili.
– Jak mogłaś to tak długo przede mną ukrywać?! – uniósł się Michał. – Że niby przemęczenie? Że podobno gorzej sypiasz? O, naiwności, jaki ja byłem głupi…

Michał zostawił Alicję i poszedł pozałamywać się do łazienki.
– Głupi, głupi, głupi… – wyrzucał sobie.
I po co wydarł się na nią, zarzucając kłamstwa? Przecież sam w nie chciał wierzyć. To nie tak, że nawet nie przeszło mu przez myśl, że wyjaśnienia Alicji to tylko wymówki. Przeszło.

Kiedy Michał rwał włosy z głowy i wypłakiwał się w łazience, Alicja poszła na ławkę przed domem. Spadł pierwszy śnieg i dotarło do niej, że może nie dożyje następnej zimy.

Wieczorem Michał przeprosił Alicję za swój wybuch. Nie powinien się tak zachować, zwłaszcza że go potrzebowała jak nigdy wcześniej.
– Wszystko będzie dobrze – składał puste obietnice. – Poradzimy sobie. Jak z dziećmi i wszystkim innym.
Chciała mu wierzyć.

A na wiosnę…
Alicja i Michał, oczywiście, powiedzieli dzieciom o chorobie matki – najpierw starszej Lenie, później bliźniakom – ale chłopcy upierali się, że na pewno wyzdrowieje, przecież to mama, nie może umrzeć i koniec kropka. Zresztą czy od jakiegoś czasu nie wygląda znacznie lepiej? Nawet Lena potwierdziła.
Więc nadal potrafili się beztrosko bawić.

Alicja jednak jak najwięcej czasu spędzała z dziećmi, próbując przygotować je na swoje odejście.

A na koniec: Tak, owszem, wzięło mnie na pstrykanie nieba w simsach odkąd takie gwieździste.

A oto niepodważalne dowody na to, że simsy to zupełnie inne uniwersum, świat (więc mogę sobie śmiało pozwalać na niekonsekwencje imienno-nazwiskowe i Viltchakowie/Novakowie wcale nie mają polskich korzeni, bo Polska nie istnieje. Choć dobrze, czasem mam ochotę stworzyć kogoś, kto „przeprowadził się z *wstaw istniejący kraj*”, więc niech te kraje sobie istnieją, ale też alternatywnie.