Dziś Sweetwater Hills obchodzi umowne trzecie urodziny (licząc od pierwszego zagrania wprowadzoną rodziną, bo powolutku tworzyło się już wcześniej). Wszystkiego najlepszego, nie popsuj się. A za rok może już będę mogła pochwalić się otoczeniem wakacyjnym.
Esther Blackwood niełatwo było wypuścić syna z objęć i pozwolić wsiąść w taksówkę, którą miał dotrzeć do Lakeside Academy, gdzie rozpoczynał studia na kierunku nauk politycznych. Nawet jeśli edukacja nie trwała wiecznie i wkrótce Laurence zamierzał powrócić do domu rodzinnego.

Sebastianowi Novakowi – stety bądź niestety, zależy kogo zapytać – do wyprowadzki brakowało kilku lat i musiał znosić gwizdek ojca nagminnie. Gdyby tylko potrafił się przemóc, nie przejmować się, że nie podoła czyimś oczekiwaniom, i wyznać, że wojsko to nie jego świat… Marzenie o zawodowym graniu w piłkę nożną stawały się coraz bardziej odległe.
A tymczasem jego siostra wyjechała na studia, pozostawiając dom nieco bardziej pustym. Aileen, wraz z Evanem i Laurence'em, wynajmowała niewielkie lokum – cenili sobie ciszę i spokój ponad imprezy w akademiku i mieszkanie z obcymi, niepotrafiącymi za sobą sprzątać (a czasami nawet się wykąpać) simami.
Laurence udawał wciąż i wciąż, że Aileen jest dla niego tylko przyjaciółką, przyjaźnią się i to mu wystarcza – bo przecież wystarczało, cieszył się z ich przyjaźni i, na Wszechwidzącego, nie chciał jej nigdy zepsuć – ale gdyby ktoś przymusił go siłą do odpowiedzi, nie mógłby zaprzeczyć, że jest w Aileen od lar najzwyczajniej, po szczeniacku, zakochany.
Klub wspólnego zakuwania. Chłopcy – obaj na naukach politycznych; Aileen, samotna rodzynka w serniku, studiowała biologię.
Choć Evan i Aileen byli ze sobą już od dobrych kilku lat (mniej lub bardziej oficjlanie), Aileen nie śpieszyło się do łóżka, a Evan nie zamierzał na nią naciskać. To nie tak, że chciała pozostać czysta aż do ślubu – po prostu wcześniej nie czuła się gotowa na zbliżenie, wolała poczekać na odpowiednią chwilę.
No, mimo wcześniejszego doświadczenia Evana, fajerwerków w łóżku za pierwszym razem nie uświadczyła, ale pierwszy raz rzadko kiedy należy do najbardziej udanych.

Laurence poznał Tilly Baker, uroczą studentkę ekonomii. Mijali się kilkakrotnie na kampusie, ale dopiero, kiedy spotkał ją na głównym placu, gdzie oboje próbowali odpocząć, korzystając z tej odrobiny wolnego czasu między zajęciami, zagadał i zapytał o numer telefonu. Tilly nie miała oporów przed podaniem Laurence'owi numeru.
– Jeśli będziesz zwlekał zbyt długo, to spodziewaj się, że ja zaproszę ciebie na randkę – powiedziała na pożegnanie.
– Jeśli będziesz zwlekał zbyt długo, to spodziewaj się, że ja zaproszę ciebie na randkę – powiedziała na pożegnanie.
O początku nowej znajomości Laurence szybko opowiedział Aileen. Sam nie wiedział, które z nich było bardziej podekscytowane nadchodzącą randką.
– Postaraj się nie być spięty, bo wtedy wpadasz w trochę nadęty ton. Wyluzuj i bądź sobą, a na pewno się zakocha. – Aileen, choć w randkowaniu doświadczona niewiele bardziej niż Laurence, sypała złotymi radami, jak z rękawa. – Uwierz mi.
Szkoda, że ty się nie zakochałaś, chciał powiedzieć. Tilly spodobała się Laurence'owi i wyglądała na miłą, ale nie wyleczył się jeszcze z Aileen i nie wiedział, czy ta randka to tak dobry pomysł, jak na początku uważał. Nie chciał nikogo traktować jako tę drugą.
– Postaraj się nie być spięty, bo wtedy wpadasz w trochę nadęty ton. Wyluzuj i bądź sobą, a na pewno się zakocha. – Aileen, choć w randkowaniu doświadczona niewiele bardziej niż Laurence, sypała złotymi radami, jak z rękawa. – Uwierz mi.
Szkoda, że ty się nie zakochałaś, chciał powiedzieć. Tilly spodobała się Laurence'owi i wyglądała na miłą, ale nie wyleczył się jeszcze z Aileen i nie wiedział, czy ta randka to tak dobry pomysł, jak na początku uważał. Nie chciał nikogo traktować jako tę drugą.
W Lakeside Academy istniało właściwie tylko jedno przyzwoite miejsce, w którym dało się zjeść i nie dostać zatrucia, i to tam spotkali się Laurence i Tilly. Randka rozpoczęła się odrobinę niezręcznie, bo Laurence, żeby nie wpaść w „nadęte tony” zaczął zapobiegawczo żartować, a wymuszone żarty nigdy nie są dobre.
Tilly nie kopnęła go od razu w tyłek. Nie udawała też, że wyjąkany żart o staruszku, który spotkał wieloryba w lesie*, wyjątkowo ją rozbawił.
– Hej… widzę, że się denerwujesz – zaczęła, uśmiechając się. – Nie ma czym, nie gryzę. Pewnie jestem zestresowana bardziej od ciebie… To moja pierwsza randka od kiedykolwiek…
Laurence nie zgrywał samca alfę i przyznał, że jego też.
– Hej… widzę, że się denerwujesz – zaczęła, uśmiechając się. – Nie ma czym, nie gryzę. Pewnie jestem zestresowana bardziej od ciebie… To moja pierwsza randka od kiedykolwiek…
Laurence nie zgrywał samca alfę i przyznał, że jego też.
* ten żart istnieje i jest chyba jedynym żartem, który mnie naprawdę bawi, cudownie absurdalny.
Potem już poszło z górki. Laurence nie był nieśmiałym simem – wręcz przeciwnie, bardzo otwartym. Tylko dziewczęta, które mu się podobały, sprawiały, że czasem tracił głowę. A Tilly, choć balansowała niemal na drugim biegunie punktów otwartość, ale starała się wychodzić poza strefę komfortu, po przyznaniu się do własnego zdenerwowania też zrobiło się lżej.
Po smacznym posiłku przyszła pora na karaoke. Żadne z nich nie mogło popisać się zdolnościami wokalnymi, ale i tak bawili się dobrze, fałszując stare przeboje.
Na zakończenie udanej randki Laurence skradł Tilly pocałunek.
Rok akademicki mijał, a Laurence i Tilly nadal spotykali się regularnie. Tak jakoś wyszło, że późną jesienią, bez wcześniejszych ustaleń, ich znajomość przeszła na wyższy level.

O dobre warunki sprzyjające romantycznym zbliżeniom wcale nie było im łatwo. W akademiku Tilly miliony obcych simów, a Laurence, ustalając, że będzie dzielił domek z Aileen i Evanem, nie sądził, że jednak zamarzy o prywatności. W końcu jednak nadarzyła się okazja i Laurence i Tilly nie poprzestali na gorących pocałunkach w łóżku.
Kiedy Evan planował oświadczyć się Aileen, nawet nie myślał, że zrobi to podczas przerwy między zajęciami, w filmowych strugach deszczu, i że oboje będą wyglądać wtedy jak para zmokniętych kurcząt. Najlepiej w jakiejś dobrej restauracji, myślał. I nie na kampusie. Może w Catfish Cove? Albo w domu na święta… O tym, że plany nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością wiedział, oczywiście, ale co mu strzeliło do głowy, żeby wyskoczyć z oświadczynami w tak nieromantycznej atmosferze? Gdyby tylko od tygodni nie nosił ze sobą pierścionka non stop…
Aileen inaczej odbierała pojęcie romantyczności niż Evan i choć w czasie oświadczyn jej główną myślą było jedno wielkie T A K, to później uznała tę scenę za niezwykle filmową. Co tam pocałunki w deszczu; oświadczyny – to jest to.
Aileen o oświadczynach w pierwszej kolejności poinformowała Laurence'a. Dopiero później zadzwoniła do domu i wisiała na komórce z dobre dwie godziny; już prawie zaczęła szczegółowo planować ślub, ale mama w końcu poprosiła, żeby zwolniła, bo przecież Evan też chciałby mieć coś w tym temacie do powiedzenia.
Laurence pogratulował Aileen, mając nadzieję, że zbyt podekscytowana, nie wyczuła w jego głosie nuty fałszu. Potem zamknął się w pokoju, by nie przeszkadzać jej w rozmowie z rodziną, i długo zastanawiał się, co z nim nie tak. Przecież cieszył się szczęściem Aileen, przecież był w szczęśliwym związku i wydawało mu się, że naprawdę kocha Tilly. Więc w czym tkwił problem?

Bonus 1.: Krowa i goła baba zgrały się w czasie, wchodząc do domu Laurence'a, Aileen i Evana jak do siebie. Cóż, trzeba pamiętać o zamykaniu drzwi (choć możliwe, że były zablokowane, ale na krówska, lamy, cheerleaderki i golasów to nie działa…).
Bonus 2.: Albo Tilly skrywa sekret i jest demonem/nawiedzona, albo ma talent do wywracania oczami tak, że widać już tylko same białka.
S I N C L A I R E
Po zakończeniu studiów Aileen od razu zamieszkała z Evanem. Z domu rodzinnego – do którego, de facto, nie miała wcale daleko – zabrała tylko część rzeczy i przeniosła się do Sinclaire'ów. Już kilka dni później skupili się z Evanem na przeglądaniu ofert pracy.
Stanowisko ekskrementologa nie należało do najbardziej wdzięcznych, ale płacili dobrze, a Aileen i tak miała ambicje, żeby szybko awansować, więc przyjęła ofertę. Evan dostał się do rady miejskiej.
Członkiem rady miejskiej Evan nie pobył zbyt długo – przeniesiono go do Sejmiku Regionalnego.
Dla Aileen sformalizowanie związku znaczyło bardzo wiele. Dla Evana niekoniecznie, ale skoro już się oświadczył ukochanej osobie i wiedział jak jej na ślubie zależało…
I tak oto ledwie skończyło się lato, wczesną jesienią (mieszkańcy Sweetwater Hills żartowali, że u nich to zawsze panuje jesień), Aileen i Evan pobrali się.
Dopiero co Evan powiedział „tak”, a już zaczął zastanawiać się, czy podjął dobrą decyzję. Kochał Aileen, lecz po świecie chodziło tyle pięknych kobiet i mężczyzn. A co jeśli zacznie żałować, że uwiązał się do tej jednej osoby już na zawsze? Z takimi rozważaniami Evan zaczął wesele od drinka; a nuż pomoże na nerwy.
Gorycz alkoholu Aileen osłodziła ciastem (i swoim widokiem, bo w tej sukni wyglądała przepięknie).
Goście się rozproszyli po ogrodzie Sinclaire'ów. Brat Aileen wywijał dzikie pląsy do wolnych utworów; ojciec odpuścił ścisłą dietę i po którymś kawałku tortu zajadał się galaretką.
Romantyczny taniec pary młodej (zdjęcie idealne do powieszenia na ścianie w sypialni czy salonie).
Kiedy Aileen tańczyła na trawniku z Laurence'em, Evan podbił do jej matki. Na paru komplementach się skończyło, nie zaczął z nią ewidentnie flirtować. Martha – choć komplementy mocno podbiły jej samoocenę; lata już nie te, co kiedyś, miło usłyszeć, że wygląda się dobrze od kogoś znacznie młodszego – wymówiła się od wolnego, tłumacząc, że pada już z nóg.
Tak czy inaczej – wesele okazało się sukcesem; i goście, i para młoda bawili się znakomicie.
Aileen postanowiła zadbać trochę o formę. Nie na tyle, żeby jogging tuż przed pracą dołączała do porannej rutyny codziennie, ale czasami wychodziła pobiegać
Aileen i Evan podjęli decyzję o powiększeniu rodziny. Co prawda to Aileen wyszła z inicjatywą starania się o potomstwo, ale Evana ucieszyła perspektywa zostania ojcem.
W końcu, po kilku próbach, u Aileen pojawiły się pierwsze symptomy ciąży, a test wykluczył zatrucie pokarmowe.
Po kilkudziesięciu latach pracy Helena postanowiła wykorzystać dla siebie dzień urlopu. Zjadła tartaletkę z nektarynką w Magnolii, a potem poczytała książkę, leżąc wygodnie w łóżku. Helenie to wystarczyło, żeby się zrelaksować i zregenrować.
Aileen awansowała. Babranie się w zwierzęcych odchodach dobiegło końca i od teraz brudziła się tylko glebą.
W oczekiwaniu na potomka.
Na nowym stanowisku Aileen nie popracowała zbyt długo, bo ciąża stała się już widoczna i wysłano ją na przymusowy urlop. Nie wiedząc, co zrobić z wolnym czasem, Aileen postanowiła zająć się nieużytkiem obok domu. Doprowadziła glebę do porządku i zasiała parę pomidorów.
I wleciał kolejny awans…
Odwiedziny przyszłej babci (zbieżność kolorów ubrań zupełnie przypadkowa).
– To okropne, że chociaż mieszkamy blisko siebie, to widujemy się tak rzadko – wzdychała Martha. – Dni wolne się nie pokrywają, tragedia. Ach, kiedy przejdę na emeryturę…
– Mamo! Gdzie tam emerytura – żachnęła się Aileen. – Jesteś jeszcze młoda!
– Młoda byłam dwadzieścia lat temu, dziecko – zaśmiała się Martha.
Martha zasiedziała się u Sinclaire'ów dłużej z nadzieją, że uda jej się porozmawiać z Heleną, kiedy ta wróci z pracy – ostatnio ich kontakt ograniczał się do telefonów. I chociaż Helena padała z nóg po skończonym dyżurze, wizyta przyjaciółki całkiem ją rozbudziła; miały sobie tyle do opowiedzenia.
Nadszedł czas rozwiązania. Evan i Helena szybko zawieźli Aileen do szpitala.
Aileen urodziła chłopca. Młodzi rodzice zdecydowali się nazwać go Jude. Szare oczy odziedziczył po Helenie – nie były jasnoszare jak oczy Aileen, a ciemniejsze.
Helena spełniająca się w roli babci.
Cóż, Jude rósł, a Aileen zaszła w kolejną ciążę, tym razem nieplanowaną. Zwlekała z wyznaniem prawdy Evanowi, obawiając się jego reakcji. Nie wiedziała, co zrobić – tak miło wrócić do pracy, a teraz co? Zostanie wysłana na kolejny urlop?
Póki co zachowywała się jakby w ciąży wcale nie była – może wkrótce rzeczywiście nie będzie – i na zmianę pracowała oraz zajmowała się synem. Evana, wstyd przyznać, trochę unikała.
W opiece nad dzieckiem zawsze pomagali dziadkowie.
W końcu ciąża zaczęła być widoczna i Aileen musiała porozmawiać z Evanem.
– Może tym razem trafi się dziewczynka – ucieszył się Evan. – Nie rozumiem tylko czemu tak długo o niczym nie mówiłaś… Chyba nie sądziłaś, że będę miał coś przeciwko?
Aileen mogła odetchnąć z ulgą. Przemilczała też, że początkowo rozważała aborcję.
Helena i Albert doczekali się urodzin. Nie urządzili wielkiego przyjęcia. Obecna była tylko rodzina, która tak czy inaczej mieszkała w tym samym domu.
Choć Albert i Helena przez grę dumnie zostali nazwani emerytami, na emeryturę jeszcze nie zamierzali przechodzić. Spełniali się w swoich zawodach – Helena jako doktorka (ordynatorem już pewnie nie zostanie); Albert, zajmując ciepłą posadę w Sejmiku Miejskim.
Jude podrósł i wyraźnie urodą wdał się w ojca (i to nie syndrom pierworodnego, o dziwo, a moc genów Evana).
I w końcu na świat przyszła Myra Sinclaire. Tym razem dziecko odziedziczyło coś po matce – kolor włosów. Czy coś więcej, to okaże się później. Oczy natomiast trafiły się po ojcu.
Odrobina nauki chodzenia przed pójściem do pracy. Tak, choć w domu wszyscy pracowali, a dzieciaki musiały czasem zostać pod opieką opiekunki, to na brak uwagi dorosłych nie mogły narzekać.
Troskliwy dziadek.
Na urodziny Jude'a zaproszona została niemal cała rodzina – zabrakło tylko wujka Sebastiana, który musiał wyjechać z przyczyn zawodowych (jakkolwiek okropnie to nie brzmi w odniesieniu do pracy w armii).
Wyrośnięty Jude.
Urodziny za urodzinami. Na kolorze włosów podobieństwo Myry do Aileen prawdopodobnie się kończyło. Można by rzec, jak w przypadku Jude'a, „cały tata”.
Pierwsze kroki.
A w zadaniach domowych pomagał Jude'owi ojciec. Matka zawsze wydawała się chłopcu tą mądrzejszą i to dlatego ją bardziej wstydził się prosić o pomoc.
– „Babcia”. No, kochanie, powiedz „babcia Helena”. „Babcia Martha”? Nic? Ech, powinnam poszukać poradnika w stylu „Nauka mówienia dla opornych”…
Aileen awansowała po raz kolejny.
Nadeszły kolejne urodziny Myry. Już wkrótce miała dołączyć do Jude'a i wziąć udział w szkolnych mękach. Ale przynajmniej będzie nosiła ładny mundurek, pocieszała się.
N O V A K
Rodziny Novaków i Sinlclaire'ów miały się wkrótce połączyć, więc kiedy świeże narzeczeństwo ukończyło studia, Martha postanowiła urządzić wielki obiad. Niestety brakowało Victora, do czego Martha zdołała przywyknąć, choć ze względu na Aileen żywiła nadzieję, że dostanie przepustkę.
Partyjka szachów pomiędzy rodzeństwem. Bardziej doświadczona Aileen nie dawała Sebastianowi żadnych forów i zmiażdżyła go doszczętnie. Sebastian radził sobie lepiej w innych dziedzinach… sportu.
Sebastian, za sugestią ojca, znalazł zatrudnienie w armii. Chciał podjąć pracę dorywczą i dorobić, spełnić się jakoś, owszem, ale tej daleko było do wymarzonej.
Może za sprawą ojca generała, może po prostu dobrze sobie radził, bo przykładał się nawet do rzeczy, których nie lubił – Sebastian szybko awansował na szczyt kariery.
W tym domu nawet w spokoju nie da się zjeść chipsów, narzekał w myślach Sebastian, gromiony spojrzeniem ojca. To ja już wolę, kiedy nie ma cię w domu, ugh, myślał, milcząc równie wymownie, co Victor. I to nie tak, że Sebastian nie kochał ojca, bo kochał. Po prostu chciał świętego spokoju.
Przynajmniej Evanowi Sebastian mógł się wyżalić.
– I, wiesz, niby z jednej strony się cieszę, że niedługo kończę szkołę i, jeśli można tak to nazwać, odpocznę na studiach od taty, ale z drugiej strony wolałabym robić coś innego…
– Ale ty wiesz, że nie musisz spełniać oczekiwań staruszka, no nie? No chyba nie wyśle cię siłą na ten kierunek – Evan prawił truizmy. – To twoje życie, nie jego.
Sebastian miał ochotę wywrócić oczami i machnąć ręką. Ty nic nie rozumiesz, chciał powiedzieć, ale wstrzymał się. Urażenie szwagra – na Wszechwidzącego, szwagier, jak to brzmiało… – nie było jego celem.
– Wiem – powiedział. – I wiem, że tata pewnie jakoś by to przełknął, obyłoby się bez dramatycznego wydziedziczania, jakby wydziedziczanie jeszcze miało prawo bytu, ale ja nie chcę go zawieść. Od zawsze myślał, że pójdę w jego ślady i jak mam mu niby oznajmić, że jednak nie?
– Ech, rób jak uważasz, stary. – Evan wzruszył ramionami. – Ale żebyś później nie żałował… Idziemy grać?
Przebrali się w stroje sportowe i Sebastian jak zwykle ograł Evana; czy to strzelając gole, czy to stojąc na bramce.
W domu, jak zwykle, dawał się namawiać ojcu na pokonywanie toru ćwiczebnego, ale przynajmniej poprawiał w trakcie żmudnych biegów kondycję, a to przekładało się na jakość gry w piłkę.
– Tylko nie imprezuj zbyt hardo i odżywiaj się zdrowo, skarbie – matkowała Martha, starając się nie ronić łez wzruszenia, kiedy Sebastian wyjeżdżał na studia. – Na pewno nie zapakować ci trochę jedzenia w słoiki? Jeszcze zdążę…
– Och, mamo, przestań. Mówiłem, że nie. W akademiku jest stołówka.
– Szkoda, że tata nie zdążył na twój wyjazd…
– Tak, tak, szkoda, ale niedługo się zobaczymy. – Sebastian próbował wymknąć się z objęć matki. – Muszę już iść, bo kierowca rozwali klakson, mamo.
A po powrocie Victora, Martha rzuciła się w jego ramiona. Dosłownie.
Póki mieli cały dom dla siebie, oddawanie się pieszczotom na kanapie nikogo nie gorszyło. Na moment Martha poczuła się jak beztroska nastolatka.
Sebastian oddał się studenckiemu życiu, które, w jego przypadku, opierało się niemal wyłącznie na nauce. I choć był na kierunku, który kompletnie go nie interesował, to dzięki samozaparciu i wiedzy wyniesionej z domu radził sobie naprawdę wybitnie.
Mimo nawału nauki, znalazł czas na flirty z Lysandrą Sawyer, cheerleaderką. Lysandra, nie dość, że miła, fajna i zwyczajnie hot, dodatkowo przypominała o tej dawnej części życia Sebastiana związanej ze sportem.
Jak regularne rozmowy z matką sprawiały Sebastianowi wielką przyjemność, tak zmuszał się, żeby zadzwonić do ojca (lub od niego odebrać).
Przynajmniej z Lysandrą bawił się dobrze. I pomyśleć, że będąc nastolatkiem nie interesował się – lub nie miał czasu interesować się – płcią przeciwną.
Dalej niż do gorących pocałunków nigdy się nie posunęli. Może gdyby znali się dłużej, nieco lepiej… Ale kiedy Sebastian skończył studia, ich znajomość ograniczyła się do przyjacielskiej wymiany wiadomości raz na jakiś czas.
Powrót do domu i chwila wytchnienia przed podjęciem pracy. Cóż, będzie trzeba zedrzeć tapetę ze ścian i wymienić meble, bo ileż można mieszkać w pokoju umeblowanym za dzieciaka, ale najpierw odrobina relaksu.
Sebastian nie nacieszył się ciszą i spokojem, bo już następnego dnia na ciasto jagodowe wpadli Aileen z Evanem. Aileen zadawała Sebastianowi tyle pytań, jak gdyby próbowała przeprowadzić wywiad, i Evan musiał ją pohamować. Tylko on wiedział, że Sebastian wolałby podążyć inną ścieżką kariery.
W pewnym momencie Aileen odeszła szybko od stołu i ledwo dobiegła do toalety. Nie było sensu okłamywać matki, że zaszkodziło jej ciasto – Martha poznała, że Aileen jest w ciąży, kiedy tylko poszła sprawdzić czy z córką wszystko w porządku.
W tle sprzątaczka udawała, że nie słyszała rodzinnych jeszcze-tajemnic, kiedy Aileen przyznawała matce, że owszem, jest w ciąży, tylko że jak na razie to nawet Evanowi nie powiedziała, bo czeka na odpowiedni moment. Może i ten obiad stałby się takim, gdyby nie niespodziewana wizyta w toalecie, kto wie…
Kiedy panie spędzały czas w toalecie, Sebastian namówił Evana, żeby porzucać piłką (w tle dom Sinclaire'ów, jak wspomniane zostało – te rodziny mieszkały naprawdę blisko siebie).
A przed zachodem słońca kolejne ćwiczenia na torze przeszkód.
Kilka dni „przerwy” minęło i Sebastian podjął się pracy na pełen etat (trochę po znajomościach zaczynał tak wysoko, choć studia i tak ukończył z najlepszym wynikiem). I pomyśleć, że kilka lat temu ubolewał, że ta praca dorywcza, to tak średnio mu podchodziła i wolałby zająć się czymś innym.
Aileen zagarnęła Jude'a do wózka i przespacerowali się odwiedzić drugich dziadków. Victor, choć nie rozczulał się nad dzieciakiem tak jak Martha – twardym trzeba być, nie miękkim, mawiał jak na stereotypowego wojskowego, według niego, przystało – to wewnętrznie czuł się równie rozczulony.
– Uśmiech, poproszę! – wołała Martha zza obiektywu.
Victor stwierdził, że nastał idealny moment, żeby uwiecznić ojca i syna na jednym portrecie – Sebastian zdobył mundur, kilka medali i w końcu, po tylu latach, jego fryzura prezentowała się bardziej „po męsku”.
Duma ojca nie przekładała się na bycie dumnym z własnych osiągnięć przez Sebastiana. Kiedy tylko wracał ze służby i nie przebiegał przez przydomowy tor ćwiczebny, wychodził odstresować się do Rudery.
Raz spędził niemal całą noc w towarzystwie jednej dziewczyny…
…przetańczyli prawie wszystkie wygrywane przez didżejkę piosenki. Kilka razy zrobili sobie przerwę na bardziej lub mniej kolorowe drinki (Sebastian musiał jednak formę trzymać).
Na koniec wymienili się numerami, ale ostatecznie nic więcej z tej znajomości nie wyniknęło. Sebastian wyjechał na misję, Brandi zajęła się własnymi sprawami. Ot, znajomość na jedną noc.
Dzieci dorosłe, starsza córka już nawet zdążyła założyć własną rodzinę… To chyba odpowiedni moment na zdmuchnięcie świeczek i przejście na emeryturę.
No. Choć włosy Victora i Marthy ot tak stały się całkiem siwe (ubolewam, że nie mogę emerytom przefarbować włosów, bo nie do każdego pasuje mi siwizna, Marthę przez jakiś czas widziałabym jeszcze w czarnych), przygarbili się, a ich zmarszczki pogłębiły i oboje mogliby już śmiało przejść na emeryturę, to postanowili pracować dalej.
(W tej turze pożyczka startowa Novaków chyba nie została nadal spłacona, więc wypadałoby nie obarczać tym Sebę, ekhm.)
Helena i Aileen często wpadały do Marthy na ciasto. Choć Victor wyjeżdżał służbowo już znacznie rzadziej, to zdarzało się, że w domu było pusto, a Martha źle znosiła samotność, którą – całe szczęście – przełamywały wizyty przyjaciółki i córki.
Córki w zaawansowanej drugiej ciąży. Ależ Martha ucieszyła się, że znowu zostanie babcią.
Victor porwał się na romantyczny gest i pozostawił pod drzwiami róże dla Marthy (jakby nie mógł ich wręczyć osobiście, skoro i tak podpisał się na liściku imieniem; to nie prezent od, rzekomo, tajemniczego wielbiciela).
Mijały miesiące i stało się coś niespodziewanego – Sebastian zaprosił na obiad dziewczynę (niespodziewanego szczególnie dla Victora, który zaczynał się zastanawiać, czy syna dziewczyny w ogóle interesowały). Nazywała się Andrea Kerry i choć dopiero zaczynała karierę wojskową, zdobyła już jeden awans i była komandoską. Z Sebą poznała się nie na polu bitwy, lecz w barze, a że żadne nie miało na sobie wtedy munduru, to początkowo nie wiedzieli, że ich ścieżki kariery są zbierzne.
Andrea odwiedzała dom i łóżko Sebastiana tak często, jak tylko pozwalał im na to czas, aż w końcu podjęli decyzję, by się wprowadziła…
…co przypieczętowali w łóżku, bo do tej pory co najwyżej się na nim całowali, a i tak najwięcej spali lub zwyczajnie rozmawiali do późnych godzin nocnych.
Romantyczność.
W drodze do pracy.
Wkrótce Andrea musiała sobie zrobić małą przerwę od pracy, bo zaszła w ciążę. Choć na razie nie planowali dziecka, to przyszli rodzice cieszyli się z takiego obrotu spraw.
Kolejne wnuczę w drodze. Martha nie posiadała się z radości, mimo że w teorii nie należała do najbardziej rodzinnych simów (aspiracja bogactwa, brak drugorzędnej).
Sebastian postanowił oświadczyć się Andrei w zaciszu sypialni. Piżama może nie była idealnym outfitem do przyjęcia tychże, ale kto by się tam przejmował. Tak, no jasne, wyjdę za ciebie, inna odpowiedź nie wchodziła w grę. Ślub zaplanowali na „jakiś czas po porodzie”.
Bonus: Zabawy pozostawionych sobie dorosłych simów. Jeszcze jak to robią w domach to okej, ale wyciąganie poduszek na parcelach publicznych, co też się zdarza, to już przesada.
B L A C K W O O D
Laurence ukończył studia z najwyższą średnią i powrócił do Sweetwater Hills. Klocuch pierwszego dnia nie odstępował go nawet na krok. To cud, że Esther i Astorowi udało się przywitać z synem.
Tilly nie wprowadziła się od razu do Laurence'a, a że nie mieszkała w Sweetwater Hills, to spotykali się niestety sporadycznie. Ich związek opierał się głównie na wiadomościach i rozmowach telefonicznych. Laurence nigdy przedtem nie spędzał tyle czasu na Simbooku!
Z jednej strony trochę nepotyzm, z drugiej – Laurence odpowiednie szkoły pokończył.
Laurenc obawiał się dnia, kiedy przedstawi Tilly rodzicom. Zwłaszcza reakcji zawsze wymagającego Astora, choć już wcześniej postanowił, że jeśli ojciec będzie odnosił się do Tilly źle, to już on, Laurence, porozmawia z nim na stronie. Ale mimo początkowych niezręczności, pierwszy wspólny obiad przebiegał dobrze. I Esther, i Astor zdawali się polubić Tilly.
O tym, czy Tilly polubiła jego rodziców, Laurence dowiedział się dopiero rano. Poznając odpowiedź, mógł zaproponować dziewczynie, żeby się wprowadziła.
Tilly udało się znaleźć pracę w pobliżu.
Tilly znalazła pracę, a Klocuch znalazł nową towarzyszkę zabaw, której od teraz zawracał głowę. Przecież nie mógł do końca życia dreptać tylko za Laurence'em i Esther!
Podczas jednego ze spacerów Laurence, ku zaskoczeniu Tilly, ukląkł na jednym kolanie.
– Skoro poznaliśmy się w parku, uznałem, że to będzie najlepsze miejsce, gdzie mogę to zrobić… – zaczął, wyjmując z kieszeni pudełeczko. – Czy wyjdziesz za mnie, Tilly Baker?
Zgodziła się, rzecz jasna.
Nim się obejrzeli nastał dzień ślubu.
– Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej synowej – mówiła Esther, nie kryjąc wzruszenia. – A Laurence to dobry chłopiec, będziecie wspaniałym małżeństwem. I pomyśleć, że nie chciałam wypuścić go do Lakeside Academy… Jakże się cieszę, że dołączyłaś do naszej rodziny, skarbie.
Długa jesień miała się ku końcowi; niska temperatura nie sprzyjała zabawie na podwórzu, więc postanowiono, że łuk weselny zostanie wniesiony do środka i to tam odbędzie się ślub i wesele. Uroczystość należała do tych skromniejszych – oprócz rodziców Laurence'a (Tilly nie utrzymywała kontaktu ze swoimi) zaproszono tylko Evana i Aileen.
Złączeni węzłem małżeńskim.
Podczas krojenia tortu Esther zastanawiała się, czy nie pospieszyła się z bardzo pozytywnym ocenieniem Tilly, ale szybko nakazała sobie, jak to mówią młodzi, wyluzować.
Pierwsze romantyczne tańce…
Później muzykę zmieniono na bardziej skoczną i tylko Evan z Aileen nie zwrócili na to uwagi, nadal lgnąc do siebie.
Astor wcale nie nawalił się jak knur, ale najwyraźniej podczas wesela syna puściły mu wszelkie pohamowania. Nie żałował – bawił się jak nigdy. Nawet własnego wesela nie wspominał tak dobrze, czego, oczywiście, nigdy nie wyznałby Esther.
Tilly i Aileen potrafiły dogadać się nieźle. Może i nie zostały najlepszymi przyjaciółkami, ale odnalazły wspólny język i w przyszłości mogły nazywać siebie dobrymi koleżankami.
Z imprezami w simsach bywa znacznie łatwiej niż z zadowoleniem dyrektora szkoły prywatnej, więc wesele, jak zwykle, zostało okrzyknięte balangą.
Szybki powrót do pracy i kolejny awans na koncie.
Awans awansem, ale Tilly wkrótce musiała przejść na urlop, bo z Laurence'em spodziewali się dziecka.
A Klocuch zdziadział. Nie ma to jak gryzienie sztucznego hot-doga na, powiedzmy, emeryturze. Co tam wakacje w tropikach – hot-dog, to jest to (a na wakacje to się nikt nigdy nie wybierze dopóki nie ogarnę tworzenia podotoczeń wakacyjnych, czyli za milion lat już się za nie zabrałam, ale nadal: za milion lat).
Astor, jak to Astor, liczył na wnuka, niekoniecznie wnuczkę, ale nie wspominał o oczekiwaniach na głos.
Parę rad dotyczących rodzicielstwa od teściowej, które kogoś innego mogłoby zamęczyć, ale Tilly przepadała za Esther i wiedziała, że ta chciała dobrze. Nie dawała w ten sposób do zrozumienia, że jej zdaniem Tilly nie podoła jako matka.
Jak tak dalej pójdzie, to Laurence wygryzie ojca z posady burmistrza zanim ten zdąży przejść na emeryturę (ale co ma bycie sędzią do polityki… to tak jak ten smutny astronauta w karierze wojskowej, chlip).
Wieczorna lektura, ukochana żona śpiąca u boku… Zapowiadało się na spokojny wieczór, którego nic więcej nie zakłóci – żaden niespodziewany telefon w związku z pracą, cokolwiek…
Jednak przedwczesnego porodu nikt się nie spodziewał. Po pierwszej chwili paniki, Laurence wziął się w garść i Tilly szybko trafiła do szpitala pod opiekę najlepszych.
Poród obył się bez komplikacji, wszystko przebiegło sprawnie, i wkrótce do domu wróciła Tilly wraz z Lucienem (o oczach odziedziczonych po ojcu i brązowych włosach matki).
Powrót do pracy i kolejny awans.
W opiece nad Lucienem pomagali wszyscy. Kto akurat miał wolne w pracy, ten zajmował się dzieckiem. W ostateczności dzwoniono po opiekunkę albo Tilly wykorzystywała dzień wolny.
Pogaduszki z Aileen.
– Musimy się w końcu spotkać. Może w sobotę zostawicie z Evanem Jude'a dziadkom i wpadniecie do nas? Laurence wspominał o małym przyjęciu. Bez żadnych tańców-połamańców. Zjemy coś dobrego, wypijemy po drinku lub kilku…
Widok kolejnego malucha w tych pokojach, po ponad dwudziestu latach, potrafił rozczulić nawet Astora. Choć poza rozczulaniem się nad niemowlęciem, myślał też dosyć pragmatycznie – podrośnie, potem szkoła prywatna, ta sama, do której Blackwoodowie uczęszczali od pokoleń (och, sam Astor spędził lata w tamtejszym internacie; Laurence doczekał się autobusu kursującego z Sweetwater Hills prosto pod mury szkoły). Na studiach, oczywiście, nauki polityczne, inne kierunki nie wchodziły w grę, a po kilkudziesięciu latach kolejny Blackwood zajmie fotel burmistrza.
Jak zostało powiedziane, tak też się stało. Evan i Aileen przyjechali w sobotę, a na powitanie wyszedł im Laurence.
– Dobrze cię widzieć – uśmiechnęła się Aileen do przyjaciela. – Od wesela chyba się nie spotykaliśmy… Hah, może na emeryturze będzie na takie rzeczy więcej czasu, ewentualnie jak dzieciaki od ziemi odrosną.
Później Tilly i Aileen spędziły z dobre kilkadziesiąt minut, rozmawiając o okołodziecięcych sprawach – miło porozmawiać o wychowywaniu następnego pokolenia z kimś z własnego, nie pokolenia wstecz (nie ujmując matkom i teściowym).
W międzyczasie Laurence z Evanem rozpoczęli partię szachów, której nie udało im się ukończyć. Choć Evan nie był tak wymagającym przeciwnikiem jak Aileen, to i tak Laurence nie zdążył ograć go w te plus minus pół godziny.
Potem wszyscy zebrali się w kuchni – najbardziej okupowanym miejscu w czasie imprez czy spotkań wszelakich; prawdopodobnie ze względu na lokalizację barku – i wypili po drinku.
Laurence, jak to on, zabawił się w barmana i przygotował kolejne.
A na stole, zamiast wykwintnego obiadu, taca przekąsek. Mamy się spotkać, nie najeść, a co za tym idzie, spędzić wieków nad garami, zaznaczyła Aileen, kiedy uzgadniali szczegóły spotkania. Zawsze możemy później coś zamówić.
No cóż, goście wybyli i Lucien domagał się matczynego zainteresowania. W środku nocy. Nie żeby Tilly narzekała – zadowolona ze spotkania, choć wymęczona kilkugodzinnym towarzystwem innych ludzi (w końcu była raczej nieśmiałą simką), mogła odetchnąć przy dziecku.
– Może przydałoby ci się wkrótce rodzeństwo… – zastanawiała się głośno Tilly. – Tak za rok albo za dwa. Będzie trzeba porozmawiać z twoim tatą.
U Blackwoodów świętowano urodziny.
Dokładnie – podwójne urodziny Astora i Esther.
Może wkrótce oboje pomyślą o emeryturze, ale póki co Esther zamierzała jedynie częściej korzystać z uzbieranych przez wiele lat dni wolnych. Astor podobnie, choć zamiast szastać urlopem, wolał po prostu przenosić pracę do domu.
Po urodzinach dziadków, nadszedł czas na urodziny Luciena.
Próby nauczenia Luciena pierwszych słów oczywiście skończyły się fiaskiem.
Astor, zamiast uczyć wnuczę przydatnych umiejętności, jak się zarzekał, że będzie robił, wolał pobawić się i powygłupiać. Zmiękł na starość, wstyd przyznać.
Również na starość Astor wraz z Esther zaczęli regularnie pływać w basenie, bo w końcu po coś nakazali go kiedyś wybudować. Chwała za ogrzewanie, gdyż nawet późną jesienią czy zimą pływanie sprawiało przyjemność.
I oto pierwsze kroki Luciena. Tilly, kompletnie pochłonięta lekturą, nawet ich nie zauważyła, dopóki Laurence nie zaczął klaskać i krzyczeć głośno jak na dumnego z syna, i siebie też, rodzica przystało.
Tilly nie była zaprawioną od najmłodszych lat szachistką, ale wiedząc, jak bardzo Laurence lubi spędzać czas, pochylając się na szachownicą, postanowiła spróbować nauczyć się grać i sprawdzić, co mąż w tym widzi. Nie dostrzegła w grze niczego fascynującego – już „Nie budź lamy!” wydawało się bardziej ekscytujące.
I kolejny awans (ja wiem, że studia i w ogóle, ale młody sim rozpoczynający karierę od siódmego poziomu to chyba przesada, co będzie robił przez resztę życia?).
Dla Klocucha czas się zawsze znajdzie. Choć teraz to głównie Esther wyprowadzała czworonoga na spacer, Laurence nadal potrafił oderwać się od pracy, którą przynosił do domu, i też to zrobić, a już na pewno nigdy nie nastał dzień, kiedy poświęciłby psu mniej niż pół godziny.
Niestety świadkiem tulonego bez przyzwolenia i na siłę Klocucha był tylko Astor, który postanowił najpierw zrobić Lucienowi kilka zdjęć, nim odciągnął wnuka od psa. Klocuchowi żadna krzywda się nie stała – poza upokorzeniem, bo, sądząc po jego minie, zdjęcia sobie nie życzył (ani tak długiego przytulania; początkowo nawet mu się podobało).
Do zdmuchnięcia tortu urodzinowego Luciena trzymał dziadek. Co prawda najpierw Tilly chciała to uczynić, ale ustąpiła Astorowi – w końcu najmłodsze lata miał już za sobą i może to jedyne urodziny Luciena, które spędzą razem.
I tak też wyrósł Lucien – blady z dziada pradziada, z charakterystycznymi ustami po matce, nosem zdecydowanie ojcowskim. Może i nie był najśmielszym simem i w dodatku mniej niż średnio uprzejmym, ale to do wyuczenia, jak powtarzał Astor. Jeszcze będzie z niego materiał na burmistrza. Raz Tilly niemal nie odparła teściowi, żeby odpierniczył się od jej dziecka. I może Laurence by ją poparł.
Lucien był już na tyle duży, że Tilly i Laurence zaczęli intensywnie starać się o kolejne dziecko, choć to nie tak, że nie starali się wcześniej – bo starali, ale niezbyt pospiesznie, wtedy aż tak im nie zależało.
A kilka pokojów dalej Astor i Esther spędzali wieczór znacznie spokojniej, choć równie satysfakcjonująco.
Stała się rzecz smutna, choć nieunikniona. Mroczny Kosiarz przybył po Klocucha. Niechaj Wszechwidzący ma jego maleńką psią duszę w opiece.
Mundurek z grzbietu zrzucony, ulubiona bluza z żółwiem założona, to teraz można zabierać się do nauki. A w lekcjach asystował Lucienowi – chyba (na tym zdjęciu) – Astor.
Starania się o potomstwo ciąg dalsze. Tilly zaczynała wątpić, że obdarzy pokładami miłości, których miała w sobie aż nadto, kogoś jeszcze. Laurence uważał, że to tylko kwestia czasu aż im się uda.
– Uśmiech!
Jak przed latami z ojcem, tak teraz Laurence zapozował do zdjęcia na tej samej kanapie z synem.
I kolejna wizyta Evana i Aileen. Zabrali ze sobą Jude'a – który uczęszczał do tej samej klasy, co Lucien – przekonani, że chłopcy będą równie zadowoleni z wizyty, co dorośli. Młodszą Myrę zostawili z dziadkami.
Jednak Lucien i Jude nie płonęli do siebie szczególną miłością; mieli problemy z dogadaniem się. W szkole praktycznie nie rozmawiali, chyba że akurat na lekcjach nauczyciel postanowili przydzielić ich do pary.
Lucien, będący w fazie fascynacji kosmosem, próbował zarazić Jude'a tematem, co by im czas szybciej zleciał, ale Jude'a średnio interesowało, co ten ma do powiedzenia. Pokazywał koledze różne zabawki, ale również bez skutku. Uprzedzony Jude uważał Luciena za zarozumiałego.
Żeby nie zanudzić się na śmierć, Jude zgodził się chociaż na tę nieszczęsną grę w papier, kamień, nożyce, ale kilka przegranych rund z rzędu zabolało chłopca dotkliwie.
Co za nudziarz, rozmyślał Lucien, marząc, żeby Sinclaire'owie już sobie poszli. Trzeba powiedzieć rodzicom, że się z tym knypkiem nie zaprzyjaźnię i żeby więcej tutaj nie przychodził.
Bonus: Zdjęcie, które później zawiśnie na ścianie, ale wykadrowałam je kijowo w tamtej wersji, bo chciałam, żeby twarze simów były bardziej widoczne. Niestety kosztem nóg. Chyba spróbuję to jeszcze poprawić, ale może nie dało się tego zrobić lepiej, stąd tamta mało estetyczna decyzja…
A na koniec Sweetwater Hills i Catfish Cove na dzień dzisiejszy. Od zeszłego roku niewiele się zmieniło, dla porównania:










































































































