Chronologia i jako taki porządek pomiędzy rodzinami postanowiły odejść. A będzie jeszcze gorzej, kiedy dzieciaki pozakładają własne rodziny, uprzedzam. A w ogóle, to ekscytuję się tworzeniem otoczenia wakacyjnego (przerobionych Trzech Jezior), ale niedługo pewnie będę z tego powodu płakać. To wszystko.
R Y D E R
Eleonore tuląca czule Hamiltona. Jeśli nie nauka, to opieka nad kotem czy pomoc matce w ogrodzie – tak kręciło się życie dziewczynki. Szkolnych znajomych miała tylu co wcale, tylko czasami ktoś chciał spisać od niej zawsze perfekcyjnie odrobione zadania domowe.
W przeciwieństwie do starszej siostry, Ian do nauki potrzebował zachęty, to znaczy musiał zostać do zeszytów niemal zaciągnięty, a potem kontrolowany, dopóki nie skończy. Zdolny, ale leniwy – mawiali nauczyciele, powtarzali rodzice.
Jakieś legowisko? Łóżko może chociaż? A gdzie tam, najwygodniej praktykować spanie na kuchennym blacie.
I kolejne urodziny w rodzinie. Tym razem Elias nawet nie zdążył zrzucić munduru, wróciwszy z pracy. Ważne, że na kameralne przyjęcie dotarł; niestety nie mógł wziąć dnia wolnego.
– I żebym miała milion kotów – zażyczyła sobie Eleonore, nim zdmuchnęła świeczki. Niestety, zapomniała się i wypowiedziała życzenie na głos, a nie od dziś wiadomo, że wtedy się one nie spełniają. Miliona kotów nigdy nie będzie.
Może kiedyś nadejdzie taki moment, kiedy Eleonore rozpuści warkocze na stałe, ale jeszcze nie nadszedł.
Rodzeństwo nie zawsze za sobą przepada, ale Eleonore i Ian dogadywali się naprawdę nieźle. Eleonore nie uważała brata za upierdliwego dzieciaka; on nie widział w niej przemądrzałej starszej siostry, z której – według rodziców i nauczycieli – powinien brać przykład.
Wczesnojesienne zbiory.
Kiedy Eleonore wrzucała owoce do koszyka, Isidora zauważyła, że przed szklarnię przypałętał się bezpański pies. Isidora nakarmiła biedaka, przygarnęła i ochrzciła Baryłka (a ja dopiero w chwili pisania odkryłam, że to jednak samiec, niechaj ci będzie, gro).
Przyszła pora na urodziny Iana. Wypadały tak, że Elias tym razem miał akurat wolne (ps: a Eleonore, jak widać na załączonym obrazku, postanowiła zrezygnować z warkoczów).
Kurczaki pieczone, i czego ja mam sobie życzyć?, zastanawiał się Ian. Góry pieniędzy? Chomika? Zostania gwiazdą rocka?
– Jeszcze raz ktoś w szkole powie: „Na Wszechwidzącego! Ian Ryder? Jakiś ty podobny do siostry. Eleonore to prawdziwy skarb naszej placówki, tak dobrze się uczy, a na ilu olimpiadach była! No no, liczę, że i pan zostanie naszym kolejnym klejnotem koronnym” czy coś w tym stylu, to nie ręczę za siebie i więcej tam nie pójdę – oznajmił Ian pierwszego dnia liceum, przedrzeźniając jednego z nauczycieli.
A na zimę warzywa sadzono w szklarni – pieniądze ze zbiorów stanowiły znaczną część przychodów Ryderów.
– Och, Ian, naprawdę mi przykro, że ten stary dziad, Ivanovich, tak ci truje dupę tymi ocenami – wzdychała Eleonore, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że przy okazji obrażała nauczyciela. – Przecież czwórki i piątki to przyzwoite oceny… – próbowała pocieszyć brata.
Większość nauczycieli pogodziło się z faktem, że z Iana drugiej Eleonore nigdy nie będzie, ale wiekowy nauczyciel chemii ciągle naciskał, że Ian musi się bardziej postarać.
Ale Ian nie chciał się bardziej starać. Nie zależało mu na byciu szóstkowym uczniem i zamiast spędzać dodatkowe godziny nad książkami, wolał wybrać się ze znajomymi na jakiś koncert czy do kina.
– Ech, daj spokój, Elka, wcale się tym nie przejmuję – skłamał Ian, bo jednak trochę się przejmował. Ciągłe porównywanie do starszej, idealnej siostry zaczynało się robić męczące. Może dlatego, trochę w ramach cichej zemsty, rzucił jedzeniem w Eleonore. – Orientuj się!
– Miałaś unikać!
Eleonore musiała zmienić piżamę.
Eleonore z książką, Ian przed telewizorem; typowy wieczór nastoletnich Ryderów. Przy okazji – Eleonore nabawiła się problemów ze wzrokiem, czy raczej odkryła, że je ma, i od kilku tygodni nosiła okulary.
Hamilton, no proszę cię. Nie pij wody z zatkanego kibla.
Lata już nie te co kiedyś, ale córka na studiach, odhodowana, jeszcze kilka wiosen i syn także stanie się dorosły. Elias i Isidora mogli w końcu nieco odetchnąć i pomarzyć o emeryturze – no, choć do niej jeszcze daleko – może uda im się wyjechać na jakieś wakacje (spoiler: prawdopodobnie nie wyjadą, bo nie chce mi się tworzyć otoczenia wakacyjnego, może za kilka lat, kiedy SH i miejskie podotoczenie ładnie ogarnę (jednak zachciało mi się je tworzyć, ale skończę je za milion lat)).
Ian postanowił zacząć pracować dorywczo – najbardziej zależało mu na znalezieniu czegoś związanego z muzyką: inżynier dźwięku w kawiarni, może praca w jakimś sklepie…
Isidora i Baryłka (Baryłek?). Nawet w spokoju popodlewać pomidorsów nie da pies jeden.
I poszukiwali w końcu sprzedawcy w sklepie muzycznym. Ian niemal zszedł ze szczęścia.
Ian znalazł bratnią duszę, najlepszą przyjaciółkę, w rok młodszej Nadii Collins. Poznali się jak w typowej komedii romantycznej – na szkolnym korytarzu; jej spadły książki, on pomógł je pozbierać… I, szczerze mówiąc, jak w typowej komedii romantycznej, Nadia Ianowi spodobała się trochę. Trochę bardzo.
Bonusowo-Ryderowo: Spacerując z Baryłką (uwielbiam, kiedy simowie przechadzają się po mieście ze zwierzakami (gorzej jak na nogach potrafią zawędrować do innych podotoczeń, wtedy tak fajnie nie jest)).
Wilczek. Proszę nie podchodzić, ryzyko zarażenia się wilkołaczyzną.
C O L L I N S
W domu Collinsów Kluska, jak zwykle, domagała się towarzystwa – tego poranka padło na Nadię, która zamierzała właśnie zjeść bardzo szybkie śniadanie przed szkołą, bo prawie zaspała na autobus.
Weekendowy wypad do parku z mamą (XD pamiętam, że wtedy gra zrobiła niepokojącą rzecz – jakiś miastowy-dorosły ciągle chciał dokonywać interakcji z Nadią i łaził ciągle za nimi; kolejnych wypadów do parku nie było).
Nadia była trochę nierozgarniętym dzieckiem i do tego baaardzo leniwym; jakakolwiek forma aktywności fizycznej nie wchodziła w jej przypadku w grę.
Jednocześnie lubiła się uczyć nowych rzeczy i już jako dziecko chłonęła książki kucharskie Janis albo podłapywała podstawy techniki ze starych podręczników Arthura.
Pierwsze nieśmiałe próby pieczenia. Janis udawała, że spalona babeczka smakuje wyśmienicie, ale Nadia przejrzała kłamstwo matki. Zniechęcona pierwszą porażką, Nadia uznała, że już nigdy kuchenki nie dotknie.
Kluska, kocimiętka i pierwsze objawy pokocimiętkowego szaleństwa. Później zaczęło się wskakiwanie na domowników.
Druga córka Collinsów, ta nie będąca kotem, ale z wizerunkiem kota na ulubionym swetrze, dorosła do kolejnych urodzin.
Wszedłszy w wiek nastoletni, Nadia postanowiła zapleść nieujarzmione włosy w warkoczyki. Początkowo Janis, zwolenniczka naturalnego skrętu, bardzo nad tym ubolewała, ale potem musiała przyznać, że w nowej fryzurze córce bardzo do twarzy.
Dorastająca Nadia, podobnie jak w dzieciństwie, chciała się uczyć nowych rzeczy, ale szybko traciła zainteresowanie. Nie wiedziała też, czym tak naprawdę chciałaby się zająć.
Po cholerę ktoś napisał książkę o sprzątaniu i dlaczego mamy ją w domu?, zastanawiała się, nie pamiętając, że miała posprzątać. Czy raczej, starając się o tym nie pamiętać rozmyślnie – bo choć Nadia nie znosiła bałaganu, sprzątać nie chciała znacznie bardziej.
Kluska zestarzała się. Mogłaby przejść na emeryturę, gdyby była wykorzystywanym przez właścicieli, pracującym kotem.
Popołudniowa drzemka.
Matka szefowa kuchni nie byłaby dumna (choć to ta sama szefowa kuchni, która swego czasu podpaliła własną kuchnię). Może Nadia nie powinna poddawać się po pierwszej spalonej babeczce i nabyć choć odrobinę zdolności kulinarnych? Albo wręcz przeciwnie – dobrze zrobiła, nie dotykając więcej palnika.
Kluska poniekąd zdradziła Janis i od jakiegoś czasu to gównie pod nogami Nadii kręciła się natrętnie. Na starość jeszcze częściej niż niegdyś.
A jeśli o starości mowa… Twarze Arthura i Janis zdążyły przyozdobić już zmarszczki.
Przyjaciel Nadii, Ian, od początku trochę jej imponował – znacznie bardziej otwarty niż ona, wygadany… To zwykle on proponował spotkania, i tak było tym razem, kiedy wybrali się na kawę, a potem posłuchać garażowego zespołu z okolicy.
– Zajebiście grali – zachwycał się Ian po skończonym koncercie, a Nadia przytakiwała. – Ach, marzy mi się własny zespół. Nadia, pasowałoby mi z gitarą? Choć chyba bardziej widziałbym siebie z perkusją…
– Hej, no to czemu nie założymy własnego zespołu? – zaproponowała Nadia; tym razem to ona wyszła z inicjatywą. – Rozwiesimy ogłoszenia w szkole, na pewno ktoś się zgłosi. A ja w sumie umiem całkiem nieźle śpiewać – dodała nieskromnie.
Iana zachwycił pomysł przyjaciółki.
Bonusowo-Collinsowo: Autobus szkolny ledwo mieści się na tej małej działeczce.
V I L T C H A K
Kiedy dzieci przebywały w szkole, w domu Viltchaków panowała, dostanie mówiąc, grobowa atmosfera. Alicja czuła się coraz gorzej i nic nie wskazywało na to, że wyjdzie z choroby zwycięsko.
– Nie możesz umrzeć – powtarzał Michał. Jak miał istnieć dalej bez miłości życia? Wychować samotnie trójkę dorastających dzieci? Dzieci… Gdyby nie one, to odszedłby razem z Alicją.
– Mówisz jak chłopcy – zauważyła, patrząc na męża z czułością. – Obiecaj, że jeśli stanie się najgorsze, to zaopiekujesz się dziećmi, będziesz dla nich oparciem, a nie pogrążysz się w depresji, odizolujesz… czy cokolwiek okropnego wpadnie ci do tej rudej głowy.
Obiecał.
Zabezpieczenia ponownie zawiodły i Alicja po raz trzeci zaszła w ciążę. Nawet nie wiedziała, że w jej stanie jest to jeszcze możliwe. Teraz marzyła tylko o tym, żeby donosić dziecko do końca, choć doktor Kovalsky zalecała aborcję, jeśli Alicja chciała żyć jak najdłużej (to znaczy najwyżej rok, może dwa dzięki eksperymentalnej terapii).
Ci Viltchakowie mnożą się jak jakieś króliki, plotkowali sąsiedzi. Ta kobieta ledwo trzyma się na nogach, a i tak umiała baraszkować w łóżku. Ten jej chłop to musi być niezaspokojona bestia, żeby taką biedaczkę nadal brać w obroty. Już mu mogła pozwolić iść do burdelu.
Może to ta eksperymentalna terapia, może jakiś magiczny wpływ ciąży, ale Alicja w ostatnich tygodniach czuła się zaskakująco dobrze. I wyglądała lepiej – oczy mniej podkrążone, twarz na powrót pełniejsza. W końcu miała więcej energii, by bawić się z dziećmi (zwłaszcza Mickey się tego domagał), a nawet wróciła do malowania.
(Będący w romantycznej relacji, śpiący simowie to chyba mój ulubiony widok w tej grze. No, czułe pobudki przebijają samo spanie, ale chyba można je zaliczyć do tej samej kategorii.)
– Lenka, ale weź prosto trzymaj ten aparat!
Będę się superdużo uczyć i będę bardzo mądra, i wyjadę na studia, a potem znajdę super pracę i będę taaaka bogata, że kupię rodzicom duży, naprawdę super dom, żeby każdy miał w nim własny pokój. A, i nie będę umiała odgonić się od chłopaków, ale wybiorę tego najmilszego, później zamieszkamy w innym super domu, takim zaraz obok tego rodziców, myślała intensywnie Lena przed zdmuchnięciem świeczek. Wejście w przedsionek dorosłości obrastało w wielkie plany.
– Siora, rusz się, bo chcę ciaaasta – niecierpliwił się Mickey w tle.
Lena nie pozbyła się grzywki (i prawdopodobnie nigdy nie zamierzała się pozbyć); zaczęła ją tylko czesać nieco inaczej i poprosiła mamę o pomoc z nożyczkami.
Alicja zaczęła rodzić niedługo po urodzinach Leny, trochę wcześniej niż powinna. Tym razem Michał nie wsadził jej do pożyczonego samochodu i przełamał tradycję, dzwoniąc po karetkę.
Alicja już nigdy nie wróciła do domu. Umarła przy porodzie.
– No nie płacz, przestań – mówił Michał do Alicii, kiedy przeniósł ją przez próg domu; nieoczekiwanie wróciło wspomnienie, jak lata temu przez ten sam próg przenosił ubraną w suknię ślubną Alicję. – Tata też ma ochotę się rozpłakać, wiesz?
I rozpłakał się, odłożywszy najmłodszą córkę na łóżko. Jak on przekaże pozostałym dzieciom, że ich matka nie żyje? Miał ochotę wyjąć mózg z głowy, by chociaż na chwilę przestać myśleć o tym, że jej już nie ma i nie będzie.
Alicia płakała coraz głośniej i głośniej, a Michał nie miał pojęcia jakim cudem poradził sobie z trójką dzieci, kiedy czwarte prawie wypadło mu z rąk. Jasne, wtedy opiekował się nimi w drużynie z Alicją, ale potrafił przecież zmienić pieluchę, nakarmić z butelki, ukołysać do snu…
Kiedy Michał usłyszał, że Lena wróciła ze szkoły, niespostrzeżenie wymknął się z domu.
Od tamtej chwili to Lena zajmowała się Alicią, kiedy Michała dnie i noce spędzał poza domem. Gdy obudziła się raz nad ranem, słysząc niezdarnie otwierane drzwi wejściowe zapytała tylko:
– Jak ona ma na imię?
– Alicia – odpowiedział Michał i Lena mogła przysiąc, że poczuła w oddechu ojca alkohol.
Relacje bliźniaków uległy pogorszeniu. Mickey, nie radząc sobie ze stratą mamy (i nie bardzo rozumiejąc pokrętne tłumaczenia Leny, dlaczego jej nie ma, skoro ostatnio czuła się tak dobrze? ta smarkula, Alicia, ją zabiła?), wyżywał się na Mattiem
– Kujon jesteś i tyle. Mama wcale nigdy nie była dumna, że się dobrze uczysz, tylko tak mówiła, żeby nie było ci przykro, że nie masz przyjaciół, ha ha.
Mattie płakał bardziej przez to, że na nowo docierało do niego, że mama nie żyje, niż przez głupie docinki Mickeya. Chociaż i tak chłopcu sprawiało przykrość, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu brat bliźniak zaczął zachowywać się tak wrogo.
Michał stawał się coraz bardziej nieobecny – przed pracą wychodził na spacery, po pracy wychodził nie wiadomo gdzie – i właściwie wszystkie obowiązki domowe spadły Lenie na głowę. Oceny Leny nie prezentowały się już tak dobrze jak kiedyś, bo nie miała czasu na naukę i często musiała opuszczać szkołę. Nie zawsze mogła podrzucić Alicię jednej z tych milszej sąsiadek, które nie patrzyły na Viltchaków jak na odrzut społeczny (przynajmniej na dzieci, nie były winne, że miały takiego ojca i taką matkę-nieboszczkę), samym nie będąc przy tym odrzutem społecznym.
Jakby Lena nie miała wystarczająco obowiązków na głowie, musiała znaleźć pracę. Bez dodatkowych przychodów z obrazów Alicji, z kiepską pensją Michała i z małym dzieckiem, którego utrzymanie nie należało do najtańszych, ledwo starczało na jedzenie i rachunki. A po przeanalizowaniu wszystkiego, Lena doszła do wniosku, że pieniędzy i tak prawdopodobnie mają mniej niż powinni – ojciec powinien zarabiać więcej niż mówił i gdzieś pozostałe pieniądze przepuszczał. Ale to on je zarobił, więc Lena nic nie mówiła i postanowiła wziąć sprawy finansowe we własne ręce.
Mickey przechodził fazę nagłych zmian nastroju – od płaczu w krzyk i wyładowywanie frustracji na Mattiem. Bardzo tęsknił za mamą, ale pozwalał sobie na łzy tylko, kiedy nikt nie patrzył. W końcu był twardzielem, a twardziele nie płaczą.
Wielką pomocą i oparciem dla Leny okazał się za to Mattie. Wolałaby móc liczyć na ojca, nie młodszego brata, ale przynajmniej miała wsparcie i wydawało jej się, że mogłaby powierzyć mu Alicię w opiece na te parę godzin, gdyby znalazła pracę dorywczą (w przeciwieństwie do Mickeya, Mattie nie obwiniał młodszej siostry o śmierć mamy i lubił do niej gaworzyć).
Po pracy – a czasami nawet przed, z samego rana – Michał odwiedzał Melinę. Pamiętał jak obiecywał Alicji, że będzie dla dzieci oparciem, ale to było tak dawno temu… jakby w innym życiu. Takim, w którym Alicja jeszcze żyła i, mimo przeciwności, potrafił być szczęśliwy.
Po czwartym drinku zaczynał zapominać o złamanych obietnicach i wiążących się z tym wyrzutach sumienia. Duch Alicji przestawał go nawiedzać.
Część marnej wypłaty Michał przepuszczał, przegrywając w pokera. A jeśli coś wygrał – zaraz przepuszczał w Melinie. Michał nie uważał, że ma problem. W końcu do pracy zawsze przychodził trzeźwy i wykonywał obowiązki bez zarzutów, już dawno powinni go awansować. A alkohol prędzej problemy rozwiązywał; odurzony nie myślał o tym, co dzieje się w domu i jakim okropnym stał się ojcem.
Lenie w końcu udało się znaleźć pracę, na dodatek całkiem satysfakcjonującą. Choć czyszczenie probówek nie należało do najbardziej wdzięcznych zajęć – ale, umówmy się, nie liczyła na nic lepszego – mogła pracować w środowisku, które ją interesowało, podejrzeć pracę prawdziwych naukowców.
– Na Wszechwidzącego, czy w tym domu wszystko musi się rozpadać? – narzekała Lena, próbując naprawić zlew, bo na mechanika nie było jej stać, a ojciec nie palił się do pracy. Gdzie się podziały te piękne czasy, kiedy potrafił naprawić prawie wszystko? No tak. Nie tylko mama odeszła.
Czasami bywało prawie spokojnie – zostawały ostatnie talerze do umycia, a Mattie uczył się pilnie, i jedynie Mickey dziko wymachiwał rękoma, mrucząc coś pod nosem (Lena mogłaby poprosić go o posprzątanie w zlewie, skoro „nic nie robi”, ale wolała nie ryzykować awantury; od śmierci mamy Mickey przeistoczył się w tykającą bombę). No, jeszcze jakieś pięć minut i Lena przed pracą mogła odrobić zadania.
Niestety, zamiast zadaniami musiała zająć się rozdzielaniem braci, ponieważ Mickey nieoczekiwanie zaatakował Mattiego, a Mattie tym razem nie pozostał mu dłużny. A potem opatrywaniem porozcinanych warg i łuków brwiowych.
Alicia rosła. Choć nazwana na cześć matki, oczy i włosy, kształt ust zdecydowanie odziedziczyła po ojcu. Lena została ostatnią blondynką w rodzinie.
Czasami Lena czuła się jak robot – taki na skraju rozładowania, ale wciąż działający. Nieprzespane noce, szkoła bądź ewentualne wagary polegające na pilnowaniu siostry (nawet kiedy Michał odsypiał na kanapie noc spędzoną w barze, Lena nie brała pod uwagę zostawienia z nim Alicii; uważała ojca za marnego opiekuna ) a potem praca, praca, praca i nauka po nocach.
Na szczęście Lena nie umarła z wyczerpania przed urodzinami chłopców, choć chciała umrzeć z wyrzutów sumienia, bo zapomniała o załatwieniu urodzinowego tortu, w ogóle o samych urodzinach. Od tamtej pory rodzeństwo dzieliło się pilnowaniem Alicii w godzinach szkoły; Lena nie chciała oblać przez szaloną ilość nieobecności. Mickey na szczęście wyrósł ze swojego niepanowania nad emocjami (przestał mieć czerwoną aspirację) i powierzenie mu pod opiekę dziecka nie sprawiało, że Lena chciała zerwać się ze szkolnej ławki i pobiec jak najszybciej do domu.
(Zbliżenie na Mickeya…
…i Mattiego).
Ale mimo pomocy młodszych braci, to głównie Lena zajmowała się nauczaniem Alicii chodzenia, mówienia czy korzystania z nocnika.
Mattie, za przykładem Leny, postanowił znaleźć pracę po lekcjach i dorzucić się do słoika z pieniędzmi przeznaczonymi na rachunki. Lena nie chciała się na to zgodzić, wolała żeby Mattie skupił się na nauce, tkwił w nim potencjał, ale nie mogła mu zabronić. W końcu była jego siostrą, nie matką.
Im Mickey stawał się starszy, tym bardziej niedorzeczne wydawało mu się, że niegdyś obwiniał Alicię o śmierć matki. Teraz nadrabiał wszystkie te chwile, kiedy ignorował małego obszczymajta, jak ją latami nazywał.
Mattie zawsze uczył się znakomicie, ale kiedy dostał najwyższą możliwą ocenę z pracy, z której sam był niezwykle dumny, musiał pochwalić się przed Leną. Oczywiście Lena już wcześniej dowiedziała się od nauczycieli, że ma brata-geniusza – dlatego nie chciała, żeby zaprzątał sobie głowę pracą dorywczą, ale praca w oceanografii nie dość, że mu nie zaszkodziła, to jeszcze zainspirowała do tematu referatu.
– No, ja na studia prawdopodobnie nie pójdę, ale zrobię wszystko, żebyś ty mógł iść. Choćbym miała sprzedać nerkę, żeby płacić czesne – zapewniała brata Lena.
– Daj spokój, Lena, ja wcale nie muszę… – wykręcał się Mattie, choć bardzo, bardzo chciał kontynuować naukę po liceum, ale nigdy nawet nie śmiał snuć planów na ten temat; pozostawały w sferze marzeń. – Zresztą… jakbym chciał, to mogę zaocznie… Nie to, że mi w ogóle zależy.
– Dobra, porozmawiamy o tym później, mamy czas – ustąpiła Lena. – Ale wiesz. Z jedną nerką śmiało mogę żyć dalej, a poza tym są stypendia… Na razie ucz się, jak do tej pory, a wszystko będzie dobrze.
Czas mijał. Alicia już wkrótce zaczynała szkołę podstawową.
Kiedy Lena kupowała zeszyty Alicii, Michał przepijał wypłatę w Melinie. Jeszcze go nie zwolnili z pracy, choć parę razy zdarzyło mu się przyjść do niej skacowanym, ale był wieloletnim, sprawdzonym pracownikiem i, cóż, szef go lubił (tak naprawdę wyrzucenie sima z pracy zajmuje mnóstwo czasu, serio).
Resztę wypłaty Michał przegrał w pokera. Dotarło też wtedy do niego, że właściwie gra w karty nie jest taka ekscytująca, jak na początku uważał, i lepiej pieniądze zostawić barmance, nie obcym ludziom.
A po wyczerpującym dniu nie ma to jak sen na kanapie. Pokój, który Lena dzieliła z braćmi, stał się przyciasny odkąd Alicia przestała mieścić się w łóżeczku na korytarzu, więc Lena odpuściła jej swoje miejsce.
Alicia lgnęła do ojca, zabiegała o jego uwagę. Nie miała do niego żalu, nie czuła złości, jak Lena i bliźniacy, bo nie pamiętała jaki był kiedyś.
Michał uwielbiał opowiadać córce niestworzone historie o tym jak młodość spędził na bezludnej wyspie, o tym jak był pilotem śmigłowca podczas nieistniejącej wojny, czy historię miłosną pomiędzy nim, a pewną wiedźmą poznaną na tamtej wyspie.
– Tatooo, a pomożesz mi odrobić zadanie domowe z matematyki? – spytała raz Alicia z nadzieją, po godzinie słuchania jak to ojciec odbierał poród orangutanicy.
– Idź poproś Lenę – westchnął Michał. – Albo Mattiego. Są mądrzejsi od staruszka. Zresztą Mickey też jest niezły z matematyki…
To Lena pomogła Alicii. Mattie spędzał sobotę na spotkaniach kółka informatycznego, a Mickey przestał być dobry z matematyki już wieki temu, czego Michał nie zarejestrował, a zresztą on też przebywał poza domem.
Karmienie ryb – choćby tych najbardziej interesujących – nie mogło się równać z przebywaniem w pobliżu delfinów. Gdyby nie to, że Mattie tak zafiksował się na punkcie komputerów i informatyki (dzięki szkole, bo o własnym komputerze jak na razie tylko marzył), pewnie poszedłby zawodowo w kierunku biologii morskiej.
Mickey nie miał tak tęgiego umysłu jak brat bliźniak czy chociażby Lena. Wiedział, że dla niego najłatwiejszą i, jak się tłumaczył, jedyną drogą, by posiadać pieniądze, było zabranie ich komuś innemu. Przynajmniej w ten sposób mógł się dołożyć do budżetu rodziny i pomóc przy spłacaniu rachunków (a Lena udawała, że nie wiedziała, w jaki sposób zarabiał te simoleony; bez wkładu Mickeya komornik już dawno zadzwoniłby do drzwi).
Ale co Mickey zarobił, to jego i mógł wpaść do klubu na drinka po dniu ciężkiej pracy. Jakaś rozrywka też mu się należała, a fałszywy dowód w końcu się przydał.
Mickey nie był jedynym nastolatkiem ze Sweetwater Hill, który posługiwał się fałszywymi dokumentami. Jego wzrok przykuł pewien chłopiec, chyba mniej więcej w jego wieku, może trochę starszy. Nie kojarzył go ze szkoły.
Szybko okazało się dlaczego go nie znał. Evan, tak się przedstawił, uczęszczał do szkoły prywatnej w Catfish Cove. Och, Mickey'emu aż oczy rozbłysły na myśl o pieniądzach Evana – wyglądał na takiego, którego rodziców stać na czesne, a nie na stypendystę.
W domu najlepiej gotował Michał, ale już dawno przestał przyrządzać posiłki dla całej rodziny, więc Lena postanowiła podreparować umiejętności.
Mickey został doceniony przez króla miejscowego półświatka przestępczego – Gordona Krolevicha (tak, to Gordon Król).
Znajomość Mickeya i Evana nie skończyła się wtedy w Ruderze. Evan zaprosił Mickeya do siebie, a ten, ku własnemu zdziwieniu, zafascynował się stojącym w salonie pianinem.
– Mogę dla ciebie zagrać, jeśli chcesz – zaproponował Evan, widząc zainteresowanie Mickeya. – Podobno całkiem nieźle gram – dodał nieskromnie.
I naprawdę grał całkiem nieźle. Nie żeby Mickey znał się na takiej muzyce, ale gra Evana brzmiała ładnie. I jego dłonie na klawiszach też wyglądały ładnie.
Mickey'emu wyleciało z głowy, że zamierzał zwinąć trochę kosztowności i zmyć się z życia Evana. Zamiast zacząć wdrążać w życie plan subtelnej kradzieży, nieśmiało skomplementował Evana. Od kiedy był aż tak nieśmiały?
Och, Evanowi za to daleko do nieśmiałości i szybko przeszedł do rzeczy. Choć pierwszy pocałunek, którym obdarzył Mickeya, zaliczał się do tych powolnych i czułych; najpierw chciał zbadać teren.
Nim zdążył się rozkręcić, to Mickey odpowiedział gorącymi pocałunkami.
Cierpliwość Leny skończyła się. Harowała jak wół, żeby utrzymać dom w przyzwoitym stanie, dla rodzeństwa była bardziej matką niż siostrą (przynajmniej dla najmłodszej Alicii), starała się jak tylko mogła, żeby uniknąć problemów z opieką społeczną, a ojciec nie potrafił nawet pozmywać naczyń, o co poprosiła go rano, gdy spieszyła się na szkolny autobus.
– Poprosiłam cię o jedną rzecz! – warknęła, obudziwszy śpiącego przed telewizorem, śmierdzącego tanim winem ojca. – Wiem, że nie obchodzą cię twoje dzieci, przyzwyczaiłam się, ale jeśli chcesz tu nadal mieszkać, to masz robić cokolwiek albo możesz spadać na ulicę. Mam gdzieś, co się z tobą stanie, tak jak ty nas masz gdzieś.
– Pannico, jak ty się zwracasz do ojca? – zbeształ Lenę Michał. – To jest mój dom. Ja płacę za rachu…
– Nie płacisz! – przerwała Lena, już totalnie wytrącona z równowagi. – Ja, Mickey i Mattie za nie płacimy! I za jedzenie! Inne dzieciaki w naszym wieku, jeśli idą do pracy, to po to, żeby mieć pieniądze na własne zachcianki, a nie przetrwanie!
– Przestań podnosić na mnie głos! To nadal mój dom i jeśli ktoś kogoś z niego wywali to ja ciebie!
– Wspaniale. Przynajmniej będę miała święty spokój. A teraz proszę, kochany ojcze, pozmywaj te naczynia, bo muszę iść do pracy. Przypomnij mi, kiedy ostatnio byłeś w swojej? Czy może już cię zwolnili?
Michała nadal nie zwolnili – bo o zwolnienie sima za niechodzenie do pracy w tej grze jest naprawdę trudno – ale, w przeciwieństwie do Leny, awansem pochwalić się nie mógł.
Te czasy, kiedy Mickey bezpodstawnie wyzywał i okładał pięściami Mattiego minęły bezpowrotnie. Znów zostali dla siebie najbliższymi przyjaciółmi i zwierzali się sobie nawzajem.
– Słuchaj, poznałem kogoś… – zaczął Mickey, rumieniąc się, i po krótce opowiedział bratu historię znajomości z Evanem.
– Czekaj, ale jak to masz fałszywy dowód? To nielegalne… – Mattiego oburzyła ta część opowieści. Nie wiedział nawet jak zarabiał Mickey; w przeciwieństwie do Leny, wierzył w kłamstwo o dorabianiu jako dostawca pizzy. – Dobra, dobra, nie będę ci matkować, od tego mamy Lenę. Hm… no cieszę się twoim szczęściem, brachu.
Ale Mattiemu coś w tym całym Evanie nie pasowało. Też posługiwał się fałszywymi dokumentami, a odpowiedzialni simowie nie łamali praw. Bał się, że sprowadzi Mickeya na złą drogę. Albo, co gorsza, złamie mu serce.
Kiedy Michał – jak twierdził – był w pracy, Lena przejęła jego sypialnię. Dorastający chłopcy potrzebowali miejsca dla siebie, ona zresztą też. Wzięła więc Alicię i przeniosły się do wielkiego łóżka, a kiedy wróci ojciec, to niech sobie śpi na kanapie.
Michała w pracy nie było. Zamiast do niej, poszedł do Meliny i chlał przez cały wieczór.
Kiedy wrócił do domu, odkrył, że Lena z Alicią zajęły sypialnię. Przespał się na kanapie i od tamtej pory, to ona została łóżkiem Michała. Sypialnię oddał córkom bez walki; nawet nie chciał o nią walczyć.
Mickey i Evan nie przestawali się spotykać. Co prawda sporadycznie, głównie w piątki i to w Ruderze. Evan już więcej nie zaprosił Mickeya do domu – rodzice, tłumaczył – a Mickey nie miał zamiaru zapraszać go do siebie. Jasne, Evan wiedział, że są z różnych klas społecznych, ale Mickey nie chciał mu pokazywać jak bardzo różniły się ich życia.
Dlatego pierwszemu bara-bara Mikceya daleko było do prawdziwie romantycznego zbliżenia – ot, szybko, pospiesznie, w ciasnej i dusznej budce na zdjęcia. Pikanterii dodawał fakt, że w miejscu publicznym, ale na tym kończyły się pozytywy.
Spłacanie zalegających rachunków. Przynajmniej nie głodujemy, pocieszała się Lena.
Mattie umartwiał się słusznie – Mickey skończył ze złamanym sercem. Na domówce u Evana odkrył, dlaczego tak naprawdę nie został tam więcej zaproszony. Evan był w związku. Z dziewczyną. Żeby poradzić sobie ze złamanym sercem, Mickey wybrał nienajlepszą drogę – dał się zaprosić ojcu do Meliny. Nienajlepszą przede wszystkim dla portfela, bo to Mickey płacił i za siebie, i za ojca.
Po kilku piwach Mickey zaczął się zwierzać.
– …i na koniec powiedział, że niczego mi nie obiecywał, i że nie jest monogamistą. Zapytałem, czy jego dziewczyna o tym wie. Nie wiedziała. – Poczuł wzbierające się w kącikach oczu łzy, ale nie zamierzał płakać przez tego dupka. – Chciałem jej wygarnąć, że Evan ją zdradził, ale wyglądała na taką z-zakochaną. Więc zwyczajnie się stamtąd zmyłem.
Michał słuchał wyznań syna skrępowany. Kiedy przegapił, że jego dzieci tak dorosły?
– Synu, jesteś więcej wart niż te bogate dupki. – Michał nieoczekiwanie objął Mickeya, kiedy kierowali się ku wyjściu. – Dopiero spotkasz prawdziwą miłość. Jesteś jeszcze młody, masz czas…
Mickey czuł się niezręcznie, nie bardzo wiedział co zrobić z rękoma. Od lat nie przytulał się z ojcem; nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za rodzicielską bliskością. Dla tej chwili mógł znieść nawet puste frazesy o prawdziwej miłości.
Natomiast Lenę pojednanie ojca z synem nie cieszyło. Pozwoliła wyspać się Mickey'emu, ale gdy tylko wstał, zaczęła robić mu wyrzuty.
– Śmierdzisz tanim piwem i wódą, Mickey – obwieściła na wstępie. – Chcesz skończyć jak ojciec? Chcesz być taki jak on?
– Tata wcale nie jest taki zły… – Mickey uznał, że powinien stanąć w obronie ojca. – Z nim przynajmniej można normalnie porozmawiać. Nie drze ciągle mordy jak ty.
– Ojciec jest alkoholikiem! I ma nas wszystkich gdzieś! Zrozum, spędził z tobą czas tylko dlatego, że była z wami wódka!
Ostatnim zdaniem Lena zraniła Mickeya, ale nie dał po sobie poznać, że poczuł się słowami siostry dotknięty.
Choć Lena miała urwanie głowy z domem, pracą i Alicią, to udało jej się znaleźć czas na romanse. Kolega z klasy, Connor Walker, podobał jej się od dawna i postanowiła wziąć w końcu sprawy we własne ręce, a nie czekać, jak ta księżniczka uwięziona w wieży, i zagadała do niego. Okazało się, że też wpadła mu w oko.
Pocałowali się po raz pierwszy na szkolnym boisku, za bramką. Nie żeby którekolwiek było typem sportowca.
Nadszedł wielki, wielki dzień Alicii – urodziny. Zabrakło ojca, co bardzo zabolało Alicię, ale rodzeństwo starało się zapewnić jej tyle uwagi i zabawy, że wstydziła się nad sobą użalać.
Alicia wyrosła na ładną dziewczynę o burzy rudych, falowanych włosów. Choć świadoma swych fizycznych zalet, lubiąca je dodatkowo podkreślać, chłopców – i dziewczęta też, nie wykluczajmy – miała w głębokim poważaniu. A na niedobór adoratorów nie cierpiała.
– No no, młoda damo, a teraz na wszelki wypadek porozmawiamy o chłopakach – zaczęła matkować Lena.
Alicia tylko potakiwała.
Bonusowo-Viltchakowo: Cudowne zobrazowanie relacji w dysfunkcyjnej rodzinie Viltchaków. Wściekła na stojącego obok ojca Lena mówi wszystko.
Zdjęcie dla ukazania podobieństwa sióstr – z twarzy różnią się totalnie nieznacznie, tylko jakieś różnice w rozmieszczeniu i, z tego co pamiętam, kształcie oczu. Bliżej im do bliźniaczek niż bliźniakom.



















































































































































