Strony

1. Blackwood — 1; Sinclaire — 1; Novak — 1

Dzisiaj Sweetwater Hills trzasnęły już drugie urodziny (jeśli liczyć tę datę od pierwszej faktycznej rozgrywki, nie utworzenia pustego miasta czy postawienia pierwszego budynku) i wypadałoby w końcu coś tutaj dodać. Bo zabieram się za to od zeszłych urodzin i jeszcze dłużej. Kiedyś, w innych czasach, łatwiej przychodziło mi simblogowanie, kiedy miałam gdzieś, czy jest idealnie (spoiler: nie było; na photoblogu orty, literówki i na dokładkę paskudne cc w grze). Nawet przy Casterly Rock zaczynałam lekko i przyjemnie, bez narzuconych przez samą siebie wygórowanych – jak na bloga dokumentującego życia simów, litości! – oczekiwań. Dlatego pora wyluzować (i tak dokumentuję simowe żywota przede wszystkim dla siebie, tylko czasami trafi się jakaś zbłąkana osoba). Starczy, że jak na architektonicznego nooba zaczęłam się nadmiernie przejmować budowaniem i meblowaniem – a czy ta lampa ma być pół kratki czy kratkę dalej (kod dzielący kratkę na więcej części jest zarówno błogosławieństwem i przekleństwem). No, przynajmniej szablon bloga będę miała ładny. Jak na moje upośledzone umiejętności, zwłaszcza po tych zmianach na bloggerze. Myślałam, że tych upartych przerw pomiędzy akapitami, kiedy wklejałam gotowy tekst, nic nie pobije, a potem weszłam w dostosowywanie szablonu i nie mogłam po ludzku zmienić zewnętrznego tła.

Wracając do Sweetwater Hills. Przez kilka „tur” nie było nawet Sweetwater Hills, a Zimne Doły. Pierwsze rodziny i ich pierwsze dzieci miały polskie nazwiska i imiona. Potem jednak ta polskość zaczęła mnie ograniczać i – po długich namysłach nad nową nazwą miasteczka i czy jednak iść w tę zagraniczność – zmieniłam polskie zadupie w Sweetwater Hills. A nazwa stąd, że takie Casterly Rock pociągnęło długo, mając korzenie w „Grze o tron”, więc postanowiłam sięgnąć po kolejny serial HBO, „Westworld” – Sweetwater ładnie brzmiało, nawet pasowało do mapki, a że na mapce były też pagórki… Hills nadawało się idealnie.

B L A C K W O O D
Astor i Esther Blackwoodowie – przyszły burmistrz tego zaścianka i dyrektorka szkoły średniej. Krótko po ślubie postanowili zamieszkać na swoim”. Za pieniądze ze spadku po rodzicach Astora, rękami robotników postawili wielki dom, urządzając go tak, żeby od razy było widać, że pieniądze mają, choć nie do końca wiedzą, co sensownego z nimi zrobić; niekoniecznie ze smakiem.

Blackwoodowie lubili spędzać poranki na graniu w szachy zanim „Gambit królowej” stał się modny. Czyli o przymusowym zainteresowaniu wszystkich moich simów, kiedy nie wiem, co z nimi zrobić, a miejsce na szachownicę i krzesła jest (i fundusze też są; nie wszystkich stać na rozwijanie logiki).

– A może postaramy się wreszcie o dziecko? – zaproponował Astor, na co Esther przytaknęła.
– Ale tylko jedno – zaznaczyła. – Albo mam się wbić na wyżyny kariery, albo większość życia spędzę, czekając aż dzieciaki poodrastają od podłogi. Opiekunek nie darzę zaufaniem.

Starania o dziecko zakończyły się pomyślnie i wiele miesięcy – wcale nie trzy dni – później Esther w środku nocy zerwała się z łóżka, krzycząc, że rodzi.

Urodziła bez żadnych problemów. Już wkrótce w posiadłości Blackwoodów zamieszkał maleńki Laurence – chłopiec o włosach (póki co tylko brwiach) czarnych jak skrzydła kru… jak włosy ojca i kolorem oczu po matce

Astor był chłopcem zachwycony.
„A cóż to za pytanie? Oczywiście, że jeśli Laurence urodziłby się dziewczynką, cieszyłbym się tak samo bardzo. Ale kto to widział u nas kobietę-burmistrza? Dobrze, że chłopiec. Na pewno będzie mu łatwiej” – cytowali go w lokalnej gazecie.

Czas płynął. Laurence rósł. Naturalna kolej rzeczy.

W korzystaniu z nocnika, zdaniem Esther, chłopiec wkrótce stał się mistrzem. Astor w takich momentach wolał karmić rybki. Nakarmić, ułożyć dzieciaka do snu? Jak najbardziej. Ale od dziecięcych wydzielin wolał trzymać się z daleka.

Nauką chodzenia i mówienia Astor i Esther dzielili się niemal po równo. Astor traktował to trochę jak wyścigi – czy Laurence najpierw powtórzy „żyrandol” czy może przemknie przez cały pokój bez eskorty?

Esther miała rację, kiedy kilka lat temu wspominała o braku zaufania do opiekunek. Opiekunką, którą jednak zdecydowali się wynająć, okazała się, co za szczęście, jedną z tych bardziej ogarniętych. I tylko czasami zamiast zajmować się dzieckiem, zajmowała się stukaniem w szybę akwarium. Ale hej, zawsze mogło być gorzej.

Ledwo rodzice zdążyli zamrugać i, bum, Laurence opuścił kołyskę i pieluchy na dobre, a opiekunka przestała być potrzebna, bo od teraz, kiedy Astor i Esther byli w pracy, on sam siedział w szkolnej ławce. Oczywiście nie uczył się w Sweetwater Hills, gdzie dyrektorką została też później mama. Choć Esther spełniała się obywatelsko, ucząc tych, których na prywatną edukację nie było stać, syna nie chciała w to mieszać. Laurence miał czerpać wiedzę w renomowanej szkole prywatnej w Catfish Cove.

Laurence oczywiście należał do tej grupy simów, którzy większość wolnego czasu spędzali z głowami pochylonymi nad szachownicami. W piżamach, po szóstej rano, tuż przed pracą czy szkołą.

Smacznego.

I wspólne zdjęcie ojca z synem, które później przez lata stało na biurku Astora (i tym w ratuszu, i tym w domu).

Esther, jakże zadowolona i dumna z tego jak pojętnego miała syna. Albo jak znakomicie sprawdzała się w roli nauczycielki. Nie tylko obcym dzieciakom potrafiła włożyć wiedzę do głowy, ale i Laurence'owi gładko tłumaczyła co trudniejsze zagadnienia i chłopiec parł do przodu z materiałem.

Laurence byl grzeczny, poukładany i wywiązywał się z obowiązków, więc Esther zdecydowała się spełnić jego marzenie i adoptowali ze schroniska szczenię.

Zakochany od pierwszego wejrzenia Laurence ochrzcił podopiecznego pierwszym imieniem jakie przyszło mu (mnie) do głowy.
– Od dzisiaj będziesz Klocuchem, moje maleństwo – oznajmił. – Zobaczysz, jak będzie ci u nas dobrze, jakie wygodne posłanie kupiła mamusia, i choć w schronisku nie karmiono cię byle czym, od teraz karma i tak będzie lepsza i smaczniejsza!

Nie tylko Laurence pokochał Klocucha. Esther mogłaby zagłaskać go na śmierć. I tylko Astor nie cieszył się z obecności w domu zwierzęcia innego niż rybki – zwłaszcza, kiedy wchodził w kałużę moczu, albo znajdował sierść na garniturze – ale, widząc zachwyt syna i żony, nie żałował, że zgodził się na adopcję.

Czym to ten Klocuch tak uwalił?, zastanawiał się Laurence, czyszcząc psie posłanie z udawanym zadowoleniem, by tata nie narzekał, że psa wielce chcieli, a nikt posprzątać nie raczy i na pokojówkę czekają.

S I N C L A I R E
Państwo Sinclaire – Albert i Helena. Ona pracująca w medycynie, on zajmujący się polityką, aspirujący, by zostać burmistrzem.

Czułe pożegnania przed dyżurem. Helena często pracowała nocą, więc mijali się nagminnie.

Oczywiście, jak na szanującą się rodzinę o przyzwoitym statusie finansowym, Sinclaire'owie posiadali szachownicę. Pogrywali wspólnie, gdy oboje mieli wolny czas; niestety, częściej pochylali głowy nad planszą samotnie.

W oczekiwaniu na potomka lub potomkinię.

Martha Novak, wieloletnia przyjaciółka Heleny, była w ciąży w tym samym czasie. Panie nie zaplanowały tego (ekhm, zrobił to ktoś inny, ekhm), ale oczywiście cieszyły się niezmiernie i już planowały wspólne spacery z wózkami, kupowanie ubranek i to, że ich dzieci na pewno też się za przyjaźnią.

Poród – typowe – zaczął się nocą. Helena przynajmniej nie zdążyła się jeszcze przebrać w piżamę i zasnąć smacznie.

Witaj w świecie, Evanie Sinclaire. Niech ci łaskawym będzie.

Dzieciak pozostawiony pod opieką ojca, żeby matka mogła w tle chwilę poczytać i wbić kilka punktów sprzątania koniecznych do awansu.

Evan wyrósł na rezolutnego i nieco zbuntowanego brzdąca, który początkowo pogardzał nauką podstawowych umiejętności – hej, w końcu potrafił owinąć sobie wokół palca opiekunkę czy mamę, szczebiocąc w nieistniejącym języku!

Jak ten czas mknął nieubłaganie. Ani się Helena i Albert obejrzą, a Evan wyjedzie na studia.

W uroczo tandetnym wnętrzu jedynej restauracjo-kawiarni w Sweetwater Hills aż żal nie obgadać własnych mężczyzn. Różowa tapeta w serduszka robiła za idealne tło.
– No mówię ci, Martha, Albert chyba oszalał. Uwierzysz, że marzy mu się ciepła posadka burmistrza tego zadupia? Burmistrza, Martha! Przecież z Astorem Blackwoodem nikt nie ma szans…
– Ambitny ten twój chłop, to trzeba mu przyznać, ambitny… – znalazła plus Martha.
– I na co mu ta ambicja, jak po przegranej kitel zaleje mi łzami – wzdychała Helena. – A co u Victora? Jak się miewa mała Aileen?

Och, tak. Dorosłe kobiety i bitwa na poduszki – ciekawe skąd je wzięły – na chodniku przed restauracją. Rasowe simsy.

A po bitwie na poduszki Martha wpadła do Heleny jeszcze na chwilę i musiała posłuchać fatalnej gry na fortepianie w wykonaniu początkującego grajka i unikać patrzenia na golasa w tle (co za szczęście, że od niedawna już wiem, co ten błąd z otwartymi drzwiami powoduje – kiedy głupia lampa za blisko wisi).

N O V A K
Miłe chwile Victora i Marthy Novaków na kanapie – kiedy to dzieci jeszcze nie zawracały wiecznie głów, a Victor, wojskowy, przebywał w domu na przepustce.

Kiedy długie nieobecności Victora stawały się aż nadto odczuwalne, Martha wyciągała Helenę na miasto albo po prostu zapraszała do siebie (w tym drugim przypadku najlepszym, co mogły zjeść, były kanapki z syntetyczną szynką). Oczywiście gdy obie miały dzień wolny od pracy.
Martha nigdy nie zamierzała zostać kurą domową, co to to nie. Jej umiejętności wołały o pomstę do nieba, cieszyła się, że mogła pozwolić sobie na korzystanie z usług pokojówki, a jeśli miałaby dzieci na pewno szybko wynajęłaby opiekunkę, żeby móc szybko wrócić do pracy – Martha spełniała się w biznesie.

Pobudki przy boku męża to coś, co Martha potrafiła docenić – zdarzały się niestety tak rzadko. (+ ach, ten pełny makijaż do snu; uroki dwójeczki.)

Cóż, objawy ciąży – a może tylko grypy żołądkowej; płonne nadzieje – nie ucieszyły Marthy. Zresztą, kto lubi wymiotować?

Wkrótce potwierdziło się, że tak, to ciąża, nie żadne dolegliwości zdrowotne.
Kurwa, w końcu będę musiała wziąć urlop. Co to za prawo, które zakazuje ciężarnym pracować?, narzekała w myślach Martha, choć chętnie wylałaby swoje frustracje na kierowcę, który wiózł ją do pracy. Ech, i kiedy ja powiem o tym wszystkim Victorowi? Mam zadzwonić czy poczekać aż wróci?

Ostatecznie zadzwoniła. Nie chciała witać męża niespodzianką w postaci niezapowiedzianego brzucha ciążowego. A zapowiedziany ucieszył Victora bardzo; pewnie bardziej niż mogłaby go ucieszyć taka niecodzienna niespodzianka.

Niestety – Martha zaczęła rodzić przed czasem, kiedy znów przebywała w domu sama (Victor zaplanował kolejne wolne tak, żeby być przy niej w okolicach porodu; nie wyszło). Na szczęście karetki w Sweetwater Hills poruszały się sprawnie i szybko i Martha nie musiała w środku nocy załatwiać kierowcy.

Niemal od pierwszych tygodni Martha dzieliła opiekę nad Aileen z opiekunką. No wybaczcie, choć pokochała córkę od pierwszego kopnięcia, kiedy jeszcze nawet nie wiedziała, że to córka, ale kariera również była dla niej ważna. I pieniądze, bo dzięki nim mogli z Victorem zapewnić dziecku godny żywot.

Jakaż ty piękna, córeczko, jesteś. A myślałem, że już nic piękniejszego od żony – i ususzonych ziół nad kuchennym blatem – w życiu nie uświadczę.

Aileen rosła i coraz bardziej przypominała matkę – jej jasne, szare oczy, ciemne włosy, kształt ust i nosa… jak to mówią: „skóra zdjęta z matki” (choć z pewnymi różnicami, przez co nikt nie mógł osądzić jej o bycie syndromem pierworodnego).

Martha ciągle tkwiła w trybie dziecko-praca. Kontakty międzyludzkie ograniczała do tych ze współpracownikami, irytującym szefem czy opiekunką Aileen. Brakowało jej częstych spotkań z Heleną; z utęsknieniem oczekiwała na powrót Victora. 

A po powrocie do domu… najpierw dziecko, dopiero później żona.

Choć trzeba przyznać, że Victor w to później zajmował się Marthą bardzo dobrze. Raz aż za dobrze.
– Słuchaj, jestem w ciąży. Ale nikomu ani słowa. Najpierw muszę powiedzieć Victorowi – zwierzała się Helenie Martha podczas kolejnej nieobecności męża.

Tym razem Victor został w domu na dłużej. Nie chciał znowu zostawić Marthy, gdy zacznie się poród, a poza tym zbliżały się urodziny Aileen, na których pragnął zostać.

Jak to z porodami w simsach bywa – Sebastian przyszedł na świat nocą, wybudzając cały dom ze snu.

Victor, tak jak zaplanował, został aż do urodzin córki. Później jeszcze z Marthą zdążył załatwić formalności związane ze szkołą prywatną Aileen (może podstawówka i liceum w Sweetwater Hills nie należały do najgorszych, ale dzięki pieniądzom Aileen miała możliwość uczenia się w znacznie lepszej placówce).

Jak Aileen podobna była do matki, tak Sebastian totalnie wdał się w ojca.

W postawieniu pierwszych kroków pomógł Sebastianowi Victor.

I kolejna wizyta Heleny. Ale, ale – tym razem nie przyszła sama, lecz towarzyszył jej, co prawda dosyć niechętnie (ale co ja tam będę robił, z dziewczyną się bawił?), Evan.

Szybko się okazało, że zabawa z dziewczynką wcale nie należała do najgorszych rzeczy świata – zwłaszcza jeżeli przed tą dziewczynką można się też trochę przechwalać i popisywać. Evan z nudów nie umarł, jak się początkowo spodziewał.

Ciepłe powitania.

I, bonusowo, o tym jak moje piękne tło otoczenia zimą przestało być piękne i później wieki szukałam innego (ech, ale przy otoczeniu głównym to nie taki problem, znalazłam całkiem idealne, gorzej z podotoczeniami, gdzie nic nie pasuje albo tematycznie albo tragedia dzieje się pod względem estetycznym i tylko to tutaj wyglądałoby w porządku (dopóki nie nadeszłaby zima). no – chyba, że otoczenie ma morze/ocean, to wtedy żadne tło nie chce wyglądać dobrze).

A na koniec Sweetwater Hills na dzień dzisiejszy (dosłownie). Z lekkim wyrzutem dodaję zdjęcie rzutu na miasteczko, bo niestety nie mogę znaleźć miejsca, z którego pobrałam mapkę i, o zgrozo, ingerowałam w drogi, żeby przerobić je pod siebie. Miałam w planach odnaleźć autora/autorkę i zapytać o zgodę, ale nie wyszło – choć liczę na to, że w końcu uda mi się na ten teren znowu trafić, bo kiepsko się czuję, publikując SH w ten sposób. Nawet jeśli robię to w odmętach internetu.

Oraz podotoczenie – Catfish Cove mające nazwę w wersji roboczej przez wieki (najpierw po prostu Miasto, później Coś Cove/Bay). Tutaj z mapą problemu nie ma – dostosowałam pod siebie teren Doliny Niezbędnej.

2 komentarze:

  1. "Ku*wa, w końcu będę musiała wziąć urlop" - dla mnie wygrało, jest takie prawdziwe xD

    OdpowiedzUsuń