Strony

10. Ryder/Walker – 5; Collins/Evans – 5; Viltchak – 5; Vronsky – 2

Dzisiaj Sweetwater Hills obchodzi szóste urodziny. Szóste i ciężko w to uwierzyć, bo pierwsze pokolenie urodzone w grze jeszcze nie wylądowało na cmentarzu. Rzadkie granie i wydłużona długość życia (trochę przesadziłam, muszę przypomnieć sobie jak zedytować tego moda) robi swoje. No i granie raz na sto lat, bo naprawdę, choć rodzinki w poście jak zwykle są kilka tur wstecz, to i tak ich dzieci ledwo mają swoje dzieci albo i nawet jeszcze nie.

W Sweetwater Hills i Catfish Cove trwa właśnie zima, ale dla rocznicowych zdjęć porównawczych zmieniłam porę roku na wiosnę (choć jesień byłaby bardziej w klimacie).

Rok później znów zdjęcie z serii znajdź różnicę: góra – stan na 29.04.2026, dół – dokładnie rok wcześniej. Może trudno je dostrzec, ale niedaleko przyczep i Viltchaków powstało złomowisko. Piękne i pewnie gra się wykrzaczy, jeśli kogoś tam wyślę. </3

W Catfish Cove miała miejsce tylko jedna przeprowadzka do już istniejącego budynku.

Myślałam, że w otoczeniu wakacyjnym kompletnie nic nie ruszyło, ale jednak dokończyłam ten budynek z przodu, bo rok temu był dopiero w trakcie tworzenia. Cóż, prawdopodobnie nikt nigdy na wakacje i tak nie pojedzie.

R Y D E R / W A L K E R
Gromadka kotów Walkerów jak zwykle nalegała na długie pieszczoty w najmniej odpowiedniej porze – na przykład, kiedy któryś z członków rodziny spieszył się do szkoły bądź pracy.

Connora, znakomitego w swoim fachu, awansowano i za jeden dzień pracy dostawał pokaźną sumę simoleonów, i nic dziwnego, bo gdyby w którejś z misji stracił życie, żadne pieniądze i tak by tego nie wynagrodziły.

Dla Eleonore, która koty traktowała niczym dodatkową gromadkę dzieci, rozstanie się z którymkolwiek futrzakiem wiązało się ze złamanym sercem, ale dom Ryderów okazał się zbyt ciasny dla całej czwórki, więc coraz poważniej myślała o znalezieniu nowego domu chociaż jednemu…

Aspen nadal po lekcjach, w ramach hołdu dla świętej pamięci babci, próbowała grzebać w ziemi. I jak na fakt, że czasu dla roślin nie miała zbyt wiele – nawet Eleonore sugerowała, żeby spożytkowała go inaczej, bo żeby wyhodować coś dobrej jakości, trzeba temu poświęcać znacznie więcej niż chwilę – to jakimś cudem nie umierały pod jej opieką.

Do nowej szkoły Aspen uczęszczała już kilka miesięcy i trochę zajęło nim znalazła przyjaciół. No, jedną przyjaciółkę – Shirlee Waters, która różniła się od, w większości zarozumiałych, dzieciaków z bogatych rodzin, według których Sweetwater Hills to tylko kolejna, zabita dechami wiocha, z czym w innej sytuacji mogłaby się zgodzić, ale nie kiedy ktoś obcy umniejszał rodzinnemu miasteczku (?).

Po lekcjach zostawały czasami dłużej w pobliskim parku, gdzie prowadziły poważne w tym wieku rozmowy – o egzaminach, chłopcach, studiach i imprezach, na które nie chodziły, bo nikt nie zapraszał nowobogackiej wieśniaczki i tej rudej laski od stypendium – lub grały w szachy.

Nad roślinami zlitował się wkrótce Connor, widząc, że córka nie zawsze podoływała, i póki co tylko Eleonore stroniła od wejścia do szklarni. No chyba, że musiała po kogoś iść.

Eleonore postanowiła oddać Elizę w dobre ręce i odrobinę żałowała, że nie podjęła tej decyzji, nim przyzwyczaiła się do całej trójki kociąt na dobre, choć wtedy jeszcze nie sądziła, że będzie to konieczne. Pożegnanie z kotką bolało, ale przynajmniej wiedziała, że w razie palącej tęsknoty, może ją odwiedzić.

Nową mamą Elizy została Lena Viltchak, od wyprowadzki marząca o adoptowaniu zwierzęcia, co wykorzystał Connor, z którym nadal od czasu do czasu utrzymywała kontakt, proponując oddanie kotki.

Shirlee została pierwszą osobą, którą Aspen zaprosiła do siebie. Przegadały wtedy długie godziny, a jednym z głównych tematów rozmowy został Jude Sinclaire i obawy, czy aby na pewno traktował Shirlee poważnie, skoro jeszcze nie zaproponował stałego związku. A może czekał na odpowiedni moment? Albo chciał, żeby to Shirlee zrobiła ten krok?

Z kanapy dziewczęta przeniosły się w końcu na miękki dywan, gdzie, ku zdziwieniu obu, mogły się rozsiąść jeszcze wygodniej. Do wyjazdu na studia zostały im niecałe dwa lata, ale temat Sinclaire'a zszedł na drugi plan, i do późnego wieczora rozprawiały już tylko o tym.

Miłość do kotów Aspen odziedziczyła w genach.

Nawet w Sweetwater Hills, z pozoru spokojnym miasteczku, przestępczy półświatek nigdy nie spał i dosyć często dochodziło do kradzieży. Choć funkcjonariusze policji wyłapywali ten margines społeczeństwa, to zawsze na miejscu złodzieja pojawiał się ktoś inny, albo delikwentowi udało się zbiec lub odsiadka nie trwała zbyt długo.

I nawet jeśli policja jako tako radziła sobie z przestępcami, ci bardziej wrażliwi mieszkańcy pozostawali straumatyzowani. Na szczęście przy Connorze, z racji jego profesji, Eleonore czuła się w miarę bezpiecznie, choć długo nie potrafiła się pogodzić z tym, że pracował, gdy doszło do włamania.

Prawie dwa lata minęły lotem strzały i Aspen musiała porozsyłać podania na studia i złożyć wnioski o stypendium, bo skoro kwalifikowała się do nich, to szkoda byłoby nie skorzystać.

Angelica została kocią staruszką. Niestety, wnuków nie ujrzała.

Aspen i Shirlee wyjechały do Lakeside Academy, gdzie zamieszkały w akademiku, który już od roku okupował Jude, wieloletni chłopak Shirlee, bo, owszem, jednak im wyszło. Dzięki Sinclaire'owi dziewczęta łatwiej zaaklimatyzowały się w nowym miejscu.

Aspen postawiła na studiowanie matematyki, podczas gdy Shirlee wybrała kierunek humanistyczny – historię.

Tak jak Aspen przewidywała, teraz Shirlee, co zrozumiałe, spędzała większość czasu w obecności Jude'a, nawet jeśli okazywało się, że tym spędzaniem czasu była nauka w milczeniu.

Ale Shirlee nie zapominała o Aspen i w tych rzadkich chwilach, kiedy z Jude'em wybierali się na jakąś imprezę, zawsze ciągnęła przyjaciółkę za sobą.

Chociaż „ciągnęła” to nieadekwatne słowo, bo Aspen do dobrej zabawy nie trzeba dwa razy namawiać. Chwile spędzone w klubie na pewno lepiej zapiszą się na mapie studenckich wspomnień niż zakuwanie nad podręcznikami.

Nawet poznała miłego chłopca, z którym poflirtowała trochę, ale nie utrwaliła jego imienia w pamięci.

Za to tej nocy i na kilku innych imprezach bawili się świetnie. Aspen nawet nie wstydziła się braków w umiejętności tańczenia, które nadrabiała wygłupami na parkiecie.

Od rozgrywek szachowych po oglądanie meczów – czyli robienie wszystkiego, byleby tylko uciec jak najdalej od nauki, a i tak później zdać każdy egzamin śpiewająco.

Ostatni rok studiów, Aspen i Shirlee spędziły już tylko we dwie. I choć Aspen poprzysięgła uczyć się więcej, to i tak przewagę nad książkami miała konsola, a dobrą wymówką do ucieczki od nauki był fakt, że przecież to ostatnie miesiące, kiedy mieszka z przyjaciółką; co z tego, że kiedy Shirlee się uczyła, a uczyła się naprawdę sporo, Aspen, zamiast jej towarzyszyć, szukała innych zajęć.

Po ukończeniu studiów, z wysokim wyróżnieniem, Aspen wróciła do domu rodzinnego, gdzie z rodzicami uczciła sukces kieliszkiem szampana, wypitym nad sałatką, którą sama postanowiła przyrządzić.

Aspen szybko znalazła pracę – okazała się prawdziwą szczęściarą, bo ogłoszenie w wymarzonej karierze zdawało się na nią czekać.

Ian i Lauren w nowym mieszkaniu nareszcie pozbyli się problemu, jakim było opłacanie czynszu na czas i przestali zastanawiać się nad wydaniem każdego simoleona.

Czasami zdarzało się, że zamiast gotować, wydawali trzydzieści simoleonów na jedną pizzę. Oczywiście, kiedy dzieci podrosną, nie będą szli na łatwiznę zbyt często, żeby zadbać o ich nawyki żywieniowe, obiecywali.

Jednak póki co dzieciaki nadal nosiły śpioszki i nie potrafiły wypowiedzieć słowa pizza, chociaż Ian usilnie próbował ich nauczyć.

Ale ze śpioszków pora w końcu wyrosnąć i bliźnięta musiały zdmuchnąć świeczki – w pierwszej kolejności Leith, która urodził się kilka minut wcześniej.

Seth i Leith przenieśli się do odremontowanego pokoju w piwnicy – oczywiście Leith, powołując się na prawo starszeństwa, zajęła górne łóżko. Gdyby tylko świętej pamięci Isidora wiedziała, gdzie poniewierają się ukochane wnuczęta, z pewnością załamałaby się, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, a pomieszczenie prezentowało się naprawdę dobrze. To nie był jakiś schowek pod schodami dla niechcianych dzieci…

Ian pomagał dzieciom w odrabianiu prac domowych i żadne z nich nie czuło się z tego powodu szczęśliwsze – Seth, bo wtedy rzeczywiście musiał zrobić zadanie, Leith, bo przecież wszystko wiedziała.

Lauren przestała pracować jako policyjny psycholog i została badaczką UFO; na reszcie pozbyła się dylematów moralnych związanych z poprzednim stanowiskiem, teraz mogła naciągać fakty do woli.

Seth i Leith, mimo różnicy charakterów, z radością spędzali razem czas na pobliskim placu zabaw (szumna nazwa starej karuzeli i huśtawki stojących obok apartamentu), ale właściwie nie mieli innej alternatywy, bo w budynku, w którym mieszkali, nie uchowało się więcej dzieci.

Och, jak miło żyć bez problemów finansowych!

Śnieg, którym się bawi, można dopiero nazwać pierwszym śniegiem w życiu sima, bo co z tego, że niemowlę czy małe dziecko zobaczy spadający puch, skoro nie doświadczy go w pełni.

Sethowi zdarzyło się zasnąć na podłodze z wycieńczenia po dniu pełnym zabawy i nauki (nie no, po prostu muszę go pilnować, żeby się przy łóżku nie przyblokował, bo taki wypadek zdarzył się kilka razy – prawdopodobnie Leith akurat kładła się na górne piętro).

Ian postanowił oświadczyć się Lauren. Nie przegadali sprawy wcześniej i obawiał się, że się nie zgodzi, bo przecież tyle już żyli po prostu jako para, ale szczerze ucieszyła się widokiem pierścionka, choć potem wspólnie uzgodnili, że do ślubu daleka droga, jeśli ostatecznie się zdecydują.

Dzieciństwo minęło w okamgnieniu i znowu trzeba było kupić tort. Tym razem na urodzinach bliźniąt zawitali Eleonore z Connorem i dorosłą już Aspen.

Najpierw część świeczek zdmuchnęła Leith, powstrzymała się od złośliwości i konieczności zapalania nowych i pozostałe dogasły dzięki Sethowi.

Tak więc koniec beztroski i pora skupić się na nauce, żeby dostać się na dobre studia – jak to powiedziała pół żartem, pół serio ciocia Eleonore po wręczeniu prezentów. Seth nie zamierzał słuchać tego ględzenia, a Leith przecież sama wpadła na taki oczywisty plan!

E V A N S
Z Janis Collins przywitał się Mroczny Kosiarz. Simka przyjęła świadomość śmierci ze spokojem; przeżyła dobre życie, a teraz znowu mogła spotkać Arthura i Kluskę.

Fretkę już wcześniej oddała pod opiekę Nadii, a teraz w spadku pierworodnej przypadł też rodzinny dom, niestety zbyt mały na dwoje dorosłych i trójkę dzieci – nawet mieszkanie, które zamierzali niedługo opuścić, zdawało się bardziej przestronne.

Choć Fretka chyba nie miała świadomości śmierci poprzedniej pani, Neem pocieszała ją zapalczywie, tak naprawdę chcąc samą siebie pocieszyć i odnaleźć ukojenie.

Szczęśliwie się złożyło, że Allen i Nadia pracowali w różnych godzinach, więc zawsze któreś z nich zostawało przy dzieciach – tyle się naczytali o nieodpowiedzialnych opiekunkach, i choć przy Neem zawsze, kierowani dobrymi opiniami, ale przecież opinię można kupić, trafiali dobrze, cieszyli się, że nie muszą znowu dokonywać wyboru.

No, mijali się w mieszkaniu do czasu, bo Nadia awansowała i przestała pracować w godzinach nocnych. Ale znaleźli naprawdę bardzo opiekunkę, a Nadia zarabiała więcej plus wreszcie nie musiała dorywać ryb, a broniła wielorybów.

Fretkę czasami coś brało i zaczynała rozdzierająco zawodzić, co z trudem znosiły uszy domowników. Kotka wcześniej nie zachowywała się w ten sposób i Nadia podejrzewała, że to przez zmianę otoczenia. Nadia planowała poszukać dobrego behawiorysty, jeśli niepokojące miauki nie miną.

Neem stwierdziła, że chciałaby spróbować sił w malowaniu, więc rodzice postanowili sprezentować dziewczynce sztalugę, kiedy po miesiącu nie znudziła się bazgraniem po kartkach papieru.

Allen doczekał się zasłużonego awansu.

A dodatkowe simoleony były potrzebne, bo Lamar podrósł i zakup domu, który planowali wraz z Nadią od dłuższego czasu, naprawdę zaczynał stawać się koniecznością.

Lamar nie miał ulubionego rodzica-nauczyciela – wszystko jedno, kto i ile wysiłku wkładał w zainteresowanie go czy to rozmową, czy to podróżowaniem na dwóch nogach; chłopiec podchodził do tych czynności z takim samym znudzeniem.

Evansowie w końcu się doczekali – odłożyli pieniądze na wymarzony dwupiętrowy dom w Sweetwater Hills. Nadia, początkowo oszołomiona wielkomiejskim życiem, już od dłuższego czasu marzyła o powrocie do rodzinnej miejscowości.

Nadia nie spodziewała się, że przygotowanie pierwszego śniadania w nowej kuchni sprawi tyle radości, bo przecież daleko jej do umiejętności kucharskich mamy. Fretka z wyczekiwaniem obserwowała zalewającą mlekiem płatki panią, licząc, że może coś spadnie na podłogę.

Fretka dotrwała do spokojnej starości i właściwie nic się w jej kocim życiu nie zmieniło – nadal wypoczywała całymi dniami, z tym że od wyprowadzki znalazła sobie ulubiony mebel, którym był kuchenny blat. Odkąd Fretka została staruszką, Nadii zmiękło serce i nie gderała, kiedy tam siadała.

Poza Fretką, postarzała się również Neem, choć postarzała, to słowo nad wyraz, bo tak naprawdę ledwo zaczęła wkraczać w życie. 

Neem nie wyrosła z farb i płócien, a wręcz przeciwnie – zaczęła do malowania podchodzić naprawdę poważnie i poświęcać więcej czasu i uwagi. Przemknęło jej nawet przez myśl, by z malowaniem wiązać przyszłość, ale jeszcze za wcześnie na takie decyzje.

Allen awansował.

Wkrótce potem Lamar dostąpił zaszczytu zdmuchnięcia urodzinowych świeczek, przytrzymywany przez starszą siostrę, która ochoczo zaoferowała pomoc.

Lamar wdał się w ojca, za wyjątkiem nosa, który odziedziczył po mamie i dziadku Arthurze, którego niestety nigdy nie poznał.

Chociaż Neem nie wybierała się do szkoły z wielką radością – wyrzucanie po drodze starych, wilgotnych gazet, które listonosz odkładał byle gdzie, mogło na to wpływać – to zazwyczaj wracała zadowolona, i to nie ze względu na sam fakt powrotu do domu, a świetne oceny, które zasłużenie zdobywała.

Allen zachęcał Lamara do nauki, a kiedy jakieś nowe (bądź całkiem stare) zagadnienie sprawiało chłopcu trudności, to zawsze służył pomocą. No chyba, że coś dotyczyło biologii; wtedy najbardziej przydawała się wiedza Nadii.

Nauka się opłacała i Lamar przynosił do domu równie dobre oceny, co starsza siostra, choć trzeba oddać, że jej materiał był już znacznie trudniejszy.

V I L T C H A K / V R O N S K Y
Opłata czynszu, jak zwykle na czas. Chociaż Lena i Nikolai nie zarabiali majątku, mogli pozwolić sobie na spokojne życie bez widma komornika czy dymisji nad głowami.

Co miało znaczenie, bo Lena zaczęła wkrótce rodzić. Nikolai, rozłożywszy najpierw ręce w geście załamania, bo co on pocznie w środku nocy z rodzącą simką, wziął się w garść i zadzwonił po karetkę.

Pierworodny syn Leny i Nikolaia dostał na imię Anton i rozświetlał mieszkanie swoją obecnością. Lena nie spodziewała się, że zostanie kiedykolwiek matką, prawdziwą matką, a nie siostrą-matką, lecz zawsze o tym marzyła.

Niestety urlop macierzyński nie trwał wiecznie i Lena musiała wrócić do pracy. Na szczęście Nikolai mógł wykorzystać trochę dni wolnych, zanim zostawią Antona na pastwę opiekunek.

Po wielu latach ciężkiej pracy, mimo braku wykształcenia kierunkowego, za to nadrabiając doświadczeniem i samouctwem, Lena została awansowana. Nie spodziewała się tego kompletnie, zwłaszcza, że dopiero niedawno wróciła z urlopu macierzyńskiego…

Nikolai pogratulował Lenie i zapewnił, że nie miał absolutnie nic wspólnego z promocją. Choć widział, jak od lat marnuje się na stanowisku zwykłej laborantki, znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie ucieszy się, jeśli szepnie parę dobrych słówek ich szefowi. Zresztą z szefem znała się odkąd dorabiała na pół etatu jako nastolatka, to Nikolai był nowy w tym teamie.

Odwiedzić Lenę i poznać nowego siostrzeńca wpadł Mickey. Najpierw zjedli sałatkę, przy której z zadowoleniem zauważył, że siostra skorzystała z kulinarnych wskazówek, a kiedy Anton wybudził się z drzemki, Mickey przepadł. Powiększenie własnej małej rodziny stawało się coraz silniejszym marzeniem.

Alicia jak zwykle twardo trzymała się codzienności – praca, obowiązki domowe, rachunki i zero miłosnych dram, do których nigdy nie czuła pociągu, jak do samej miłości w ogóle. Z biegiem lat nadal nie zapragnęła, żeby mierzyć się z codziennością z kimś u boku.

Ale codzienność miała się wkrótce nieco zmienić, bo Mickey i Ash przyszli z dosyć odważną prośbą i propozycją – chcieliby dziecko i zastanawiali się, czy Alicia zgodziłaby się zostać surogatką. Oczywiście dali jej czas do namysłu i zapewnili, że zrozumieją jeśli się nie zgodzi, ale Alicia wstępnie przystała na ten pomysł i tylko pogniewała się trochę, że zaproponowali jej również normalną zapłatę.

Domagała się tylko obietnicy, że dziecko nie będzie wychowywało się w przyczepie, i mimo że Mickey i Ash kochali swoje własne cztery kąty, wiedzieli, że to nie jest dobre miejsce do wychowywania potomstwa, więc i tak planowali przenieść się gdzie indziej.

Wkrótce zorganizowano wszystko i Alicia nosiła dziecko Asha i Mickeya, i choć z punktu biologii była też teoretycznie matką, to odcinała się od tej myśli. Brr, dla najbliższego przyjaciela i brata przez chwilę może pobyć żywym inkubatorem, ale to tyle. No, zamierzała też od tej pory zyskać ulubionego siostrzeńca lub siostrzenicę, ale do faworyzowania nie przyznawała się głośno.

Alicia odwiedzała przyszłych tatusiów bardzo często. Jakoś musiała korzystać z przymusowego urlopu i nie zwariować. Tęskniła za pracą, ciało doskwierało, bo przestało należeć tylko do niej, ale czuła, że warto poświęcić się dla szczęścia Mickey'a i Asha, nie żeby Alicia została jakąś wielką altruistką, ale dzięki Lenie z domu wyniosła jedno – rodzina jest najważniejsza.

Mickey i Ash z radością i podekscytowaniem, oraz typową w tego typu sytuacjach dozą strachu, czy na pewno podołają rodzicielstwu, wyczekiwali terminu porodu.

A tymczasem rachunki same się nie zapłacą…

Elliot uczył się pilnie, z takimi rodzicami trudno inaczej, a po godzinach pogrywał z ojcem na konsoli. Sienna wielokrotnie przypominała im, że pora zbierać się spać, kiedy zbyt długo się zasiedzieli i narzekała, że mogliby zaczynać wcześniej, ale z godzinami pracy Mattie'ego byłoby to niemożliwością.

Czułe powitania o poranku. Po upojnej (lub gorącej, letniej) nocy, sądząc po bieliźnie zamiast piżam.

Lena została matką podwójnie, bo oprócz poczęcia Antona, adoptowała od Walkerów Elizę. Całe szczęście kotka nie miała większych problemów, żeby przyzwyczaić się do nowego domu.

Nadszedł dzień ślubu Leny i Nikolaia. Wczesną jesienią pobrali się pod łukiem nieopodal Stodoły, gdzie wybrali się na jedną z pierwszych randek. Skromnej ceremonii towarzyszyła cała rodzina.

Małżeństwo, rodzicielstwo, bezpieczny kąt… Zanim Lena poznała Nikolaia nie śmiała nawet wypowiadać na głos tych skrytych marzeń. Wcześniej rodzinne aspiracje wypełniała, dbając o rodzeństwo, nie sądziła, że kiedykolwiek ziszczą się pragnienia o założeniu własnej rodziny.

Przyjęła nazwisko Nikolaia, nie chcąc dłużej nazywać się po ojcu – nadal nie wybaczyła mu lat zaniedbania i że całą odpowiedzialność za dom i rodzeństwo zrzucił na nią, zmusił, by dorosła zbyt wcześnie.

Po powrocie do mieszkania nastąpiła noc poślubna. Choć to zdecydowanie nie pierwsze zbliżenie nowożeńców – istnienie Antona można uznać za dobitny dowód – i tak wspominali je długo.

Anton dorastał i już nie spędzał większości życia śpiąc, płacząc i jedząc.

Od tej pory spał, płakał, jadł oraz uczył się podstaw komunikacji, pierwszych kroków i korzystania z nocnika, żeby pozbyć się wreszcie pieluch.

Elizie u Vronskych żyło się bardzo dobrze, choć kotka panoszyła się po całej kamienicy, kiedy niepozornie umykała z mieszkania, gdy ktoś wychodził do pracy. Na szczęście, zamiast wnosić skargi, reszta mieszkańców zakochała się w Elizie bez reszty.

Nikolai zdobył posadę wykładowcy w szkole średniej. Pracowali z Leną w zbliżonych godzinach, więc wynajęcie dla Antona opiekunki na stałe okazało się konieczne.

A w wolnych chwilach nauka chodzenia…

Ciąża dawała się Alicii we znaki i czasami trochę, ale tylko trochę, żałowała, że nie kazała Mickey'emu i Ashowi znaleźć innej dziewczyny, ale o rudą, niebieskooką i wystarczająco podobną do Mickey'a byłoby ciężko.

Termin porodu zbliżał się nieubłaganie i kiedy Alicia przeczuwała, że tak, to już ten dzień, zadzwoniła do brata, żeby on albo Ash wzięli wolne i skołowali transport, bo będzie potrzebowała podwózki do szpitala.

Świat przywitała mała Magdalena, z Viltchakową rudością na głowie, szarymi oczyma Asha i imieniu na cześć Leny, której całe rodzeństwo zawdzięczało tak wiele.

Alicia w końcu mogła wrócić do swoich spraw – czyli pracy. Zdecydowała się jednak przyjąć pieniądze od Asha i Mickey'a, ale tylko połowę, żeby nazbierać wreszcie na remont domu, o którym myślała już długo, ale z uwagi na sentyment odkładała w czasie (i nadal odkłada, też lubię tę biedę, choć nie pasuje do laski z aspiracją pogoni za bogactwem, ale z uwagi na wyjątkowe, jak na Viltchakowe rodzeństwo, przywiązanie do Michała bronię tego).

Magdalenę, otoczoną ojcowską miłością, traktowano niczym największy skarb, którym dla Asha i Mickey'a w istocie była.

A skarbów nie należało trzymać w dwupokojowej przyczepie, poglądy Alicii na ten temat nie były odosobnione, więc Mickey z Ashem skrupulatnie odkładali simoleony na przyzwoite mieszkanie. W dodatku dla bezpieczeństwa małej musieli porzucić ten brudny interes, w który się wplątali, bo żadne dziecko nie chciałoby odwiedzać rodziców w więzieniu.

Elliot uczył się znakomicie, więc miał czym chwalić się przed ojcem, ale Mattie w tamtym momencie odpłynął myślami gdzieś daleko, prawdopodobnie do projektu gry, bo kompletnie nie zauważył syna.

Mimo pracy, już w różnych miejscach, obowiązków i opieki nad Antonem, związek Leny i Nikolaia nadal obfitował bliskością i czułością; niemal każdą wolną chwilę poświęcali sobie.

Anton rósł jak na drożdżach i nim rodzice się obejrzeli, musieli zakupić tort oraz świeczki. Zdmuchnąć pomogła je Lena, nieco przerażona, że na swoim zobaczy ich znacznie więcej.

Kształt oczu bardziej po mamie, mimo że odcień błękitu zdecydowanie ojca. Nos, budowa szczęki, jak się z wiekiem okaże, Nikolaiowa, za to wykrój ust Anton odziedziczył po Viltchakach.

Już wkrótce Anton przyniósł swoją pierwszą pracę domową, którą odrobić pomogła mu Lena. A wprawę w nauczaniu, przy trójce młodszego rodzeństwa, miała niemal tak dobrą jak Nikolai. Może powinna złożyć CV do tej samej szkoły? Przecież doświadczeniem nadrabiała brak wykształcenia!

Alicia i Ash rzadziej się spotykali z racji na niemowlę, któremu potrzeba wiele uwagi, ale często rozmawiali. Magdalena, oczywiście, była jednym z głównym tematów; na szczęście nie jedynym, bo Alicia, mimo miłości do wszystkich siostrzeńców, a w szczególności Magdaleny, nadal nie została fanką dzieci.

Natomiast nieoczekiwanie została fanką psów, a konkretnie jednego, który ostatnimi czasy kręcił się wokół domu. Podejrzewała, że ktoś go porzucił w pobliżu lub, ewentualnie, zgubił się, więc kiedy go przygarnęła i zamieściła ogłoszenia o znajdzie, początkowo nie wybrała imienia. Ale nikt po psa się nie zgłaszał, dlatego skończył jako Korek.

Magdalena rosła, więc Ash z Mickey'em zaczęli rozglądać się za mieszkaniem. Spłacili dług u Krolevitcha, odłożyli też dość oszczędności, żeby wynająć coś przestronnego, ale pozostawała kwestia zatrudnienia. Liczyli, że obejdzie się bez większych problemów, w końcu Gordon to nie żaden mafijny boss, doprawdy, w dodatku znali się od lat i czasami czuli, jakby był niemal ich ojcem, zwłaszcza Asha, którego właściwie przygarnął pod skrzydła odkąd ten skończył kilkanaście lat.

Cóż, może i Ash oraz Mickey w pokręcony sposób widzieli w Gordonie Krolevitchu uosobienie postaci ojca, lecz on zdecydowanie nie uważał ich za synów – no chyba, że należał do tych rodziców, którzy przemoc nazywali twardym wychowaniem.

Krolevitch, delikatnie rzecz ujmując, nie ucieszył się, że dwóch dobrych podwładnych zamierzało odejść, jeszcze licząc na błogosławieństwo na nowej, prawej drodze życia. Wystarczyło, że skinął głową jednemu z oprychów, pełniących funkcję osobistych ochroniarzy, a spuścili Mickeyowi taki łomot, że własny mąż ledwo go poznał.

Marzenia o opuszczeniu przyczepki – w ramach zemsty Gordon uznał, że pożyczka, którą Mickey wziął u niego przed laty i już dawno spłacił, jednak będzie wysoko oprocentowana – musiały na razie pozostać jedynie marzeniami, a Magdalena dzieckiem z przyczepki, ku oburzeniu Alicii, bo przecież chłopaki obiecywali…

Mickeyowi na pamiątkę po spotkaniu z szefem zostało kilka blizn, krzywo zrośnięty nos i wyrzuty sumienia, bo to on wpadł na pomysł z pożyczką, który od początku Asha nie zachwycił. Na szczęście Ash nie bawił się w żadne a nie mówiłem, tylko był wsparciem dla męża i obiecywał, że coś wymyślą.

Przeprowadzić udało się rodzinie Mattie'ego. Długo oszczędzali na zakup własnego domu, ale w końcu się udało i zamieszkali w małym, za to dosyć przestronnym, nowoczesnym jednorodzinnym budynku. Sienna, chcąc uczcić przeprowadzkę wspólnym śniadaniem, przygotowała płatki (no co? nigdy dobrze nie gotowała).

Elliot nadal dostawał najwyższe oceny, z czego był niesamowicie dumny. Powoli zaczynał rozmyślać o wyborze kierunku studiów i kariery w przyszłości – jak na razie polityka wydawała się najciekawsza.

Wprawdzie na poprzednie łóżko Sienna z Mattie'em nigdy się nie skarżyli, ale w nowym wybrali jeszcze wygodniejszy materac i do spania, i do bara-bara.

Już nie tylko nauka i gry zajmowały Elliotowi głowę, a jedna bardzo miła koleżanka ze szkoły, Darleen Fisher. Może przyjaźń to zbyt mocne słowo, lecz od czasu grupowego projektu zostali dobrymi kolegami.

Niewątpliwą zaletą Darleen okazała się słabość do gier wideo, więc Elliot zyskał nową rywalkę. A czymś, co ktoś inny mógłby uznać za wadę dziewczyny, było to, jak często wygrywała – natomiast Elliotowi niesamowicie imponowała.

Bonusowo: Nie ma to jak zamawianie jedzenia z dowozem do kryjówki przestępców, czy gdzie tam oni ukrywają się po nocach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz