Jak tak dalej pójdzie z tym nadrabianiem zaległości na blożku, to uwinę się z zaległymi zdjęciami do przyszłorocznych urodzin. Chwała porannej kawie (i brakowi czasu na budowanie w tym momencie).
R Y D E R / W A L K E R
Dobowy tryb życia emerytów bywał mocno zachwiany i pobudki nad ranem bądź w środku nocy stawały się codziennością. Ale miło móc pocałować ukochaną osobę na powitanie, kiedy za oknem szaro i zimno; typowa tamtejsza pogoda.
Gdy dzień zaczynał się na dobre, Isidora i Elias wkraczali do szklarni. Dawne królestwo Isidory zmieniało się powoli w drugi dom także dla Eliasa, który nie bardzo wiedział, co ze sobą począć, odkąd został emerytowanym gliną.
Pech chciał, że Ryderów odwiedziła złodziejka; na szczęście nie ukradła niczego wartościowego.
Aspen Walker uwielbiała wpadać w odwiedziny do dziadków, którym również sprawiała wielką radość. Ian i Lauren nie spieszyli się, by powiększyć rodzinę, więc wizyty jedynej wnuczki tym bardziej cieszyły Eliasa i Isidorę.
Angelica razem z którymś rozmiauczanym dziecięciem w piękne pozie, Lafayettem bądź Elizą (Peggy raczej nie, bo wygląda to to na pozbawione ogona).
Gromada kotów często na siebie syczała, w różnych kombinacjach. Przeważnie dochodziło do walk pomiędzy rodzeństwem, ale Angelica czasami dostawała po uszach od własnego rodzonego dziecka.
Aspen z nosem w książce nie należała do niespotykanych widoków, a wręcz przeciwnie – zazwyczaj można było zastać ją w stanie głębokiego zaczytania.
Im więcej lat przybywało Eliasowi i Isidorze, tym częściej zastanawiali się, co stanie się z ich domem, gdy umrą. Ian przyrzekał, że nie wróci na to zadupie, więc nadzieja, że dom nie popadnie w ruinę, pozostawała w Eleonore i jej rodzinie. Pewnego dnia, gdy odwiedzali córkę, zapytali czy ona i Connor zechcą zamieszkać tam, kiedy oni odejdą.
– Ja jestem na tak, dziadku! – z odpowiedzią wyrwała się Aspen. – Mogę pakować moje rzeczy i koty mamy już teraz!
Reakcja Eleonore i Connora okazała się mniej entuzjastyczna, ale obiecali, że przedyskutują sprawę – perspektywa zamieszkania na własnym, nie wynajmowania mieszkania, brzmiała znakomicie, a Eleonore i tak spodziewała się, że prędzej czy później odziedziczy dom w spadku…
Drzemka na szczycie drapaka.
Aspen uwielbiała się chwalić każdą zdobytą celującą oceną przed mamą lub ojcem – zależy kto był na miejscu; tym razem trafiło na Connora – a potem, oczywiście, od razu wydzwaniała do dziadków i napawała się dumą w ich głosach.
Connor wiwatował z takim samym zapałem, jak zwykle, choć większą nowiną okazałaby dla odmiany gorsza ocena.
Przeprowadzka Walkerów, wraz z całą gromadą kotów, nastąpiła wcześniej niż planowano. Wyniki badań Eliasa nie należały do najlepszych i chociaż jeszcze nie znajdował się jedną nogą w grobie, to Eleonore chciała spędzić przy nim pozostałe mu chwile.
Może to wynikało z pobytu w nowym miejscu, a może z tego, że Lafayette, Peggy i Eliza z kociąt przeistoczyli się w dorodne kociska, ale ostatnimi czasami często dochodziło do kocich bójek.
Kolejna wspaniała ocena. Kto by pomyślał, że Eleonore musiała kiedyś pilnować, by Aspen odrabiała prace domowe!
Brakowało Iana do kompletu i Isidora mogłaby rozpłynąć się ze szczęścia, choć już widokiem Eleonore w jej starych ogrodniczkach i bluzce radowała się niezmiernie (i trochę zazdrościła, bo ona nie wyglądałaby w tych rzeczach tak dobrze jak kiedyś; stąd niepocieszona mina).
Nadszedł dzień, na który Aspen czekała z wielką niecierpliwością – jej urodziny. Może i na przyjęciu zabrakło wujka Iana wraz z Lauren, obecnie w zaawansowanej ciąży, oraz jakichkolwiek rówieśników (Aspen nie przyjaźniła się z nikim), ale i tak świetnie się bawiła. Zdmuchując świeczki, pomyślała, że chce zdobyć świat; niedosłownie.
Tyle lat noszenia ubrań z kocimi motywami, a nadal nie wszystkie koty ją akceptowały…
Przyjemność z rozmów z dziadkami nie minęła Aspen wraz z wiekiem; obecnie najwięcej czasu poświęcała Eliasowi, bojąc się, że w każdej chwili może go zabraknąć.
– Ja, dziadku, wiem, że dopiero zaczęłam liceum, ale naprawdę poważnie myślę nad architekturą – czasami zwierzała się ze swoich planów, które zmieniały się z tygodnia na tydzień. – Ewentualnie pójdę do policji jak ty!
Niestety, simowy żywot nie trwa wiecznie i Mroczny Kosiarz upomniał się w końcu o duszę Eliasa…
Isidora czuła się, jak gdyby ktoś wydarł jej serce, i choć miała wrażenie, że rozpada się na kawałki, jej pierwszą reakcją w obliczu śmierci męża był histeryczny śmiech.
A potem tygodniami wlokła się smętnie po domu i popłakiwała. Zresztą nie tylko ona – Eleonore, choć spodziewała się, że ojciec prędzej czy później odejdzie (według lekarzy prędzej, ale Elias dostał nadmiar czasu), nie mogła pogodzić się z jego stratą.
Aspen, choć bardzo zżyta z dziadkiem, przechodziła przez żałobę względnie spokojnie. Ale to tylko dzięki rozpraszaczom, takim jak szkoła, książki i seriale, które pochłaniała w nadmiarze, oraz zabawy z kotami.
Angelica, Lafayette, Eliza.
Isidora nie pożyła zbyt długo bez Eliasa u boku. Całe szczęście, że już tu jesteś, pomyślała na widok Mrocznego Kosiarza; jeszcze nieświadoma obecności Śmierci Eleonore, zastanawiała się czemu matka tak spokojnie patrzy w przestrzeń.
Wraz z Mrocznym Kosiarzem przybyły Tancerki Hula, a przejście na drugą stronę było dla Isidory łagodne. Niepocieszona jednak została jej rodzina – dwa pogrzeby w tak zbliżonym czasie.
Tym, co pozostało z warzyw i owoców zasianych przez Isidorę, po lekcjach zajmowała się Aspen; nie chciała, żeby ostatnia pamiątka po babci wylądowała w kompostowniku. Brak doświadczenia w ogrodnictwie, dziewczyna nadrabiała zapałem i wyszukiwarką internetową.
Choć kosztowało to Eleonor wiele, postanowiła rozstać się z jednym z ukochanych kotów – mimo całej miłości do tych czworonogów, wiedziała, że mieszkają w zbyt ciasnej przestrzeni. Oddała Elizę w dobre ręce, Lenie Viltchak, przyjaciółce Connora.
Od tamtej pory Eliza zamieszkała w kamienicy przyszłych Leny i jej narzeczonego, Nikolaia.
Zbliżał się nowy semestr i Eleonore wraz z Connorem, po wcześniejszych konsultacjach z Aspen, postanowili zapisać córkę do szkoły prywatnej. Oczywiście najpierw dyrektor musiał wprosić się na darmową kolację, by ocenić, czy ich rodzina spełnia odpowiednie wymagania. Dla edukacji Aspen potrafili schować dumę do kieszeni i wytrzymać ten upokarzający wgląd w ich dom…
Brzuch pełen, każdy kąt domu oceniony, pogawędka względnie miła (nawet w odczuciach Walkerów) – dyrektor znalazł miejsce dla Aspen wśród listy uczniów. Jeśli tylko utrzyma wysokie oceny, a rodzice, oczywiście, nie zapomną opłacać jeszcze wyższego czesnego.
Kocie bójki wciąż nie ustawały i Eleonor rozważała pomoc behawiorysty; jej znajoma z pracy miała namiary na, podobno, bardzo dobrego.
Miło zdobywać dobre oceny, choć mniej miło sterczeć nad pracami domowymi, których z biegiem lat przybywało, do szarego rana. Aspen już za dzieciaka wolała zajmować się czymś innym i nic w tej kwestii się nie zmieniło.
Elias może i nie wtrącał się w życie uczuciowe Iana i Lauren, za to nie mógł znieść mrzonek syna o zostaniu słynnym muzykiem – nie wierzył, że to możliwe, a nawet jeśli, to długa ku temu droga i kto pomoże wykarmić Iana, kiedy ten będzie pod kreską, a Eliasa i Isidory zabraknie? Ian powinien zająć się poważną pracą, wziąć przykład ze starszej siostry; nie gonić za marzeniami…
Lauren polubiła Isidorę, odkąd przestała wtrącać się w to, jak ona i Ian żyją, i przypominać non stop, że wyczekuje wnuków. Może i nie znajdowała się w czołówce ulubionych osób, ale dało się z teściową żyć.
Całe szczęście, że Ian awansował i razem z pensją Lauren mogli spokojnie zapłacić za czynsz…
Bo awanse i wysokie premie najlepiej świętować na świeżo wypranej pościeli; Lauren już się zatroszczyła o odpowiedni nastrój oraz warunki (zero trzaskania młotkiem za ścianą, ustaliła w jakich godzinach sąsiedzi na pewno nie będą remontowali).
Po chwilach romantycznych uniesień, zjedzeniu kilku porządnych posiłków, o cenę których nie musieli się jeszcze troszczyć, przyszła pora na ulubioną czynność każdego sima, tj. płacenie czynszu.
To na pewno ta chińszczyzna z wczoraj, myślała Lauren nad muszlą klozetową, ale dla pewności skoczyła szybko do pobliskiej aptek i po powrocie od razu wykonała test ciążowy, a potem drugi, trzeci… Według każdego była w ciąży.
O ciąży powiadomiła Iana z wyrzutem, chociaż do tanga trzeba dwojga. Ich, przecież jeszcze niewykończone!, mieszkanie wiązało się ze sporymi kosztami, a na dodatek mieliby zostać rodzicami? Jasne, Ian niedawno awansował, ale może jego ojciec nie mylił się i pora wybrać poważniejsze zajęcie?
Ian, gdy usłyszał o ciąży Lauren, ucieszył się niezmiernie. Na razie nie przejmował się simoleonami czy tym, jaka odpowiedzialność na nich spadnie; zwyczajnie radował się wieścią, że zostanie ojcem, bo, szczerze mówiąc, nie sądził, że Lauren kiedykolwiek zdecydowałaby się na dziecko, mimo że wcześniej o tym nie rozmawiali.
Ian dalej pogrywał w piwnicy na perkusji i choć, gdy już się za to zabrał, nadal odczuwał przyjemność, to powoli zaczął tracić zapał… Ostatnio udał się na casting do dosyć popularnego zespołu, który stracił perkusistę w wypadku. Nadal się nie odezwali. W międzyczasie umarł ojciec i Ian żałował, że nie dał mu powodów do dumy.
I jakby tego było mało, doszło do włamania. Złodziejka nie zdążyła niczego ukraść, alarm zadziałał sprawnie, a policja przyjechała w oka mgnieniu, ale sam fakt, że mogli coś stracić z i tak marnego majątku…
Nocą Lauren zaczęła rodzić. Wyrwany ze snu Ian pobiegł wyrwać ze snu sąsiada – tego, u którego trwał wieczny remont – i jego samochodem zawieźli Lauren do szpitala. Niedługo po tej stresującej nocy wrócili do mieszkania wraz z Leith i Sethem, parą bliźniąt.
Isidora, która o ciąży dziewczyny syna dowiedziała się stosunkowo późno, wpadła w odwiedziny od razu, kiedy została zaproszona (pierwszy raz przepełniony autobus nie wprawiał starszej simki w stan poirytowania).
Isidora przepadła, kiedy ujrzała tę dwójkę identycznych niemal dzieci; zakochała się od pierwszego wejrzenia. Nie przypominały Iana czy jej; oczy, skóra, ciemne brwi – to wszystko jak zdjęte z matki i tylko mała Neith przypominała Eleonore, kiedy była w podobnym wieku.
– Jaka szkoda, że Elias nie mógł ich poznać – żałowała Isidora. – No nic, niestety tak bywa, wybacz, że psuję ten radosny nastrój…
– Daj spokój mamo, ja też za nim bardzo tęsknię – pocieszał matkę Ian. – Od pogrzebu minęły zaledwie dwa miesiące…
– Ech, szkoda, że to się tak potoczyło. Ale, zmieniając temat, skarbie… Skoro już tutaj jestem, to może zajmę się na chwilę maluchami, a ty wyskoczysz gdzieś z Lauren sam na sam? Na pewno dawno nie wychodziliście nigdzie razem, a to wam dobrze zrobi!
Tak więc, gdy tylko Lauren wróciła z zakupów, Ian zabrał ją na miasto. Po długim spacerze wzdłuż ulic (zahaczyli nawet o park, ale preferowali przyglądanie się miejskiej zabudowie), Ian zaproponował, żeby zjedli obiad w pobliskiej knajpie.
Choć ceny potraw nie należały do wysokich, jedzenie smakowało naprawdę dobrze. I na pewno lepiej od słynnej zupy, którą Isidora obiecywała zrobić aż na kilka dni.
Niestety, mimo awansu Iana i niezłych zarobków Lauren, i tak musieli zrezygnować ze starego, zresztą i tak niewykończonego, mieszkania i przeprowadzić się do czegoś mniejszego – dzieci wymagały sporych nakładów finansowych.
Może i łóżko – oraz część pozostałych mebli – zabrali z poprzedniego mieszkania, ale stało w nowym miejscu, więc wymagało ponownego ochrzczenia niemal tuż po wstawieniu.
Lauren postanowiła podszlifować umiejętności kulinarne. Teraz, jako matka dwójki dzieci, pragnęła, żeby tosty z serem nie pozostały jej popisowym daniem na zawsze, a zostało nim coś zdrowszego.
Bliźnięta podrosły, czego niestety nie dożyła Isidora; nie zobaczyła nigdy, że choć z pozoru identyczne, to Seth bardziej przypominał Lauren, a Leith wyglądała jak mała wersja Eleonore, tylko z innym zestawem kolorów.
Och, choć czasami bliźnięta zdawały się żyć w stu procentowej zgodzie, to nie zawsze tak było. Najczęściej kłócili się o zabawki, to nic, że posiadali ich wystarczająco wiele, zawsze do pary, ale i ulubiona butelka z mlekiem potrafiła stać się przyczyną konfliktu.
Lauren i Ian zajmowali się dziećmi po równo; oboje mieli taki sam wkład w wychowywanie czy naukę umiejętności – Lauren już o to zadbała, postawiła sprawę jasno, gdy tylko powiadomiła Iana o ciąży.
Bonus: Piękna miniaturka rodziny.
C O L L I N S / E V A N S
Janis przeszła na emeryturę i od teraz cały swój czas mogła poświęcać ukochanej córce, Fretce (drugiej ukochanej córce, Nadii, nie chciała wejść na głowę).
Ale Nadia sama wchodziła rodzicom na, no, może nie głowę, ale z pewnością chatę. Odwiedzała ich tak często, jak tylko mogła, i była żywym dowodem, że jeśli się chce, to dystans, praca czy własna rodzina nie stanowią problemu.
Niedługo po Janis, do grona emerytów dołączył Arthur. Rozważali nawet wspólny wyjazd w tropiki lub góry, ot, tak na starość, ale na rozważaniach skończyli.
Fretka dbała, by o niej nie zapominano, i gdy tylko Janis próbowała zająć się czymś innym, uparte kocisko plątało się między nogami i miauczało, a czasami nawet – czysta złośliwość! – potrafiło strącić jakiś przedmiot.
Janis z Arthurem udali się na coś słodkiego do pobliskiej kawiarnio-restauracji. Niespodziewanie spadł deszcz, ale nie przejęli się zbytnio, ciesząc się kolejną wspólną chwilą.
Fretka, jak to Fretka, w domu nie odstępowała ukochanej pani na krok, a i Arthura zdawała się lubić coraz bardziej, nie tylko tolerować i domagać jedzenia i pieszczot, kiedy potrzebowała.
Wspólne oglądanie medycznych paradokumentów; Fretka patrzyła w ekran telewizora z wyrazem konsternacji na kocim pyszczku.
Och, tak, weź mnie na ręce i przytul, mamusiu…
Nadia nie zaprzestała regularnych wizyt u rodziców nawet, kiedy zaszła w drugą ciążę i ciągle wisiała głową nad muszlą klozetową. Oczywiście przy najbliższym spotkaniu powiadomiła ich, że kolejny wnuk jest już w drodze.
Arthur odszedł ze świata żywych, gdy Janis drzemała na kanapie obok, nie zdążył poznać drugiego wnuka. Janis, gdy odkryła, że mąż nie żyje, długo zbierała się, by kogoś o tym powiadomić. Wmawiała sobie, że wyśniła koszmar i gdy się tylko – znowu! – obudzi, to wszystko będzie jak dawniej.
Neem skradła serce Nadii i choć potrafiła płakać w głos i zmęczyć tym Nadię, jak nikt nigdy, to ta nie chciała wracać do pracy i pozostawić córkę na pastwę opiekunek.
Niestety, już wkrótce Nadia musiała na powrót wsiąść do łodzi. Postanowiła więc, gdy Neem spała, przysiąść do podręczników technicznych, a dodatkowo faktycznie poćwiczyć umiejętności na, szczęśliwie tym razem, zepsutych sprzętach.
Allen zdobył awans. Zmarnował kilka lat na studiach psychologicznych, które podobno miały mu pomóc w karierze stróża prawa, a po długim stażu awansował zaledwie na posterunkowego.
Mimo to, zadowolony z awansu, pochwalił się przed Nadią i wziął ją w ramiona.
Neem podrosła i zmieniła się w najsłodszą istotę jaką Catfish Cove i Sweetwater Hills razem widziały – zdaniem rodziców (oraz moim, zwłaszcza w tych ogrodniczkach).
Allen, widząc jak Neem stawała się coraz większa, zapragnął zapewnić jej bezpieczeństwo z całej siły. W mieszkaniu było względnie bezpiecznie (pomijając włamanie towarzyszące narodzinom Neem) ale świat na zewnątrz nie należał do łaskawych i Allen, jako policjant, chciał go choć trochę zmienić.
Ale do czasu aż Neem wyfrunie z rodzinnego gniazda – ba, zacznie choćby szkołę! – został jeszcze szmat czasu i najpierw wypadałoby nauczyć ją chodzić oraz mówić.
Nadia dbała o kondycję. Jeżeli zależało jej na kolejnym awansie, to nie mogła się obijać.
À propos awansów – awansował Allen. Jego kariera ostatnimi czasy nabrała rozpędu. Może to Neem odpowiednie go motywowała, a może przełożeni w końcu dostrzegli w nim potencjał.
Nadię naprawdę bardzo kręcił Allen w mundurze; w uniformie prezentował się iście gorąco.
Jako mała dziewczynka, Nadia nigdy nie była fanką zabawy domkiem dla lalek, ale teraz, widząc żywe zainteresowanie Neem sztucznymi simiątkami, dostrzegła w tym urok. Albo po prostu chciała przypodobać się kilkulatce.
Nadię zaczęły dręczyć poranne mdłości i potrafiła zwrócić najulubieńsze niegdyś śniadania; nie trudno się domyślić, że dotknęła ją przypadłość zwana ciążą.
Nadszedł dzień urodzin Neem i to nie pierwszych lepszych, a takich, po których miała rozpocząć szkołę podstawową, na myśl o której nie skakała z radości.
Przy zdmuchnięciu świeczek, oprócz rodziców, Neem towarzyszyli dziadek Arthur i babcia Janis, która musiała ponarzekać na cenę tortów i że przecież sama mogła upichcić lepszy – za darmo!
Okazało się, że urodziny były ostatnim dniem, kiedy Neem widziała dziadka na żywo. Janis, obawiając się, że niedługo Mroczny Koziarz upomni się również o nią, postanowiła z bólem serca oddać Fretkę zawczasu pod opiekę córki; Fretka skradła serce Neem.
Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali narodzin dziecka, a już zwłaszcza Neem, która z zapałem upierała się, że nie może doczekać się siostrzyczki, chociaż, cóż, USG potwierdziło, że to chłopiec.
Tym razem nie zawył żaden alarm antywłamaniowy ani nie towarzyszyły porodowi inne dramatyczne okoliczności – sam w sobie niósł wystarczająco dramatu.
Ze szpitala wraz z mamą nie wróciła siostra, a brat, którego rodzice, bez zbędnych sprzeczek, nazwali Lamar. Neem, nawet jeśli odczuwała jakiekolwiek rozczarowanie, nie okazywała go.
– Gdybym nie miał dosyć osób, o które muszę się martwić, to teraz doszedłeś do tego jeszcze ty, co, skarbie? – wzdychał Allen, rozczulając się widokiem małego Lamara.
– Mamo, nie musisz tak stać mi nad głową, przecież ja te zadania odrobię, a nie ucieknę, żeby się bawić lalkami – narzekała Neem, choć w gruncie rzeczy doceniała zainteresowanie mamy; może jakby rodzice nie nauczyli jej wcześniej czytać i pisać, to uczyłaby się tak samo źle jak ten cały Ernst z równoległej klasy? – Te zadania wcale nie są takie truuudne…
Bonus: Neem jeszcze nie wyrosła z pieluch, a Nadia już się obawiała, że umrze (i to nie po śmierci Arthura, żeby to miało jakiś sens, chyba lęk przed utratą dziecka zaimplementował jej sam Allen (albo to ona jemu)).
V I L T C H A K / V R O N S K Y
Michał Viltchak i Melina nadal pozostawały nieodłącznym duetem. Ileż to Lena wygrażała ojcu, że nie dożyje nawet pięćdziesiątki, jeśli nie przestanie ciągle pić… – myliła się.
Alicia w wolnych chwilach czytała poradniki sukcesu i podręczniki branżowe, ale nie zapowiadało się, by wkrótce dostrzeżono jej, nieskrywany przecież, potencjał.
Michał nie zapomniał jeszcze, jak korzystać z piekarnika (który od dawna nadawał się wymiany, ale ani Lena ani Alicja nie piekły, więc nie planowały inwestować w nowy).
Lena ostentacyjne wzgardziła ciastem jagodowym Michała – choć później, gdy nikt nie patrzył, dojadła resztki – ale Alicia poczęstowała się kawałkiem i spędziła z ojcem miły poranek.
Lena ostatnio z trudem zbierała myśli i pozostawała skupiona, bo nowy pracownik laboratorium zagościł, zdawać się mogło, na dobre w jej głowie, więc postanowiła poćwiczyć koncentrację nad krzyżówką.
Lena, jak co weekend, wisiała na linii, wydzwaniając do każdego z bliźniaków po kolei.
Gdy zwolniła w końcu telefon, Alicia dorwała się do słuchawki i mogła poplotkować z Ashem Myersem (brata kazała tylko pozdrowić, już dosyć nagadał się z Leną).
A po pogaduszkach przyszła kolej na przeczytanie kolejnego poradnika coacha sukcesu. Tak naprawdę uważała te książki za kompletny bełkot i wyciąganie simoleonów od naiwnych simów, ale nie dość, że żółtodzioby polecały sobie kolejnych autorów, to widywała tego typu książki u pracowników wyższego szczebla…
Lena nie potrafiła już dłużej trzymać w sobie zauroczenia Nikolaim Vronskym, młodym badaczem, który od niedawna pracował z nią w laboratorium. Alicia, choć pozbawiona doświadczenia w randokowaniu, od razu poleciła Lenie zdobyć jego numer i gdzieś się umówić, a Lena, czując się bardzo niezręcznie, w końcu się odważyła.
Zaprosiła Nikolaia do Pubu pod Zrzuconym Wieńcem, gdzie zjedli domowy posiłek, napili się bezalkoholowego szampana i długo rozmawiali o pracy, temat, który szczerze ich interesował, bo oboje fascynowali się tym, czym się zajmowali (choć woleliby mieć większe szanse na awans, ale niestety żadne z nich nie studiowało).
Potem weszli na piętro, omijając szerokim łukiem bar, i spędzili dobrych kilka godzin, grając w bilard i przerzucając się zabawnymi anegdotkami, oczywiście związanymi z pracą – z Leny wyszła niezła plotkara, kiedy narzekała na, całe szczęście byłych, współpracowników, a Nikolai opowiedział co nieco o poprzednim laboratorium.
Spotkanie przybrało tak luźny i przyjacielski wręcz przebieg, że Lena przez moment zaczęła panikować, czy Nikolai na pewno dobrze zrozumiał jej intencje. Ale pod koniec zaczął spoufalać się trochę bardziej, prawdopodobnie wyczuwając, że Lena nie miała nic przeciwko, więc darowała sobie zadawanie głupich pytań.
Róże, które później zostawił pod jej drzwiami, potwierdziły jednoznaczność i wzajemność uczuć.
Kiedy starsza siostra „bawiła się” w relacje romantyczne, Alicia skupiała się na przyjaźni; i karierze, która ku utrapieniu dziewczyny nie rozwijała się ani prężnie, ani w ogóle.
Całe szczęście, że Ash Myers (oraz dobra kawa, ale przede wszystkim Ash) potrafił osłodzić nawet najbardziej beznadziejny dzień pracy. Ech, przynajmniej jeden z bliźniaków, w subiektywnej ocenie Alicii, miał gust, co do partnerów.
A po smacznej kawie pora pozawodzić do mikrofonu, bo w końcu nazwa, Music Café, zobowiązuje. Dobrze, że w poniedziałkowe popołudnie nie przyszło zbyt wielu klientów, inaczej właściciel mógłby zakazać Alicii korzystania z karaoke.
Relacja Leny i Nikolaia kwitła; może nie zostali jeszcze parą, ale gdy kończyli pracę o tej samej porze, Nikolai, który de facto mieszkał całkiem niedaleko, zawsze nadkładał kroków i odprowadzał Lenę pod dom.
Kochanką Michała niezmiennie pozostawała wódka, a miejscem romantycznych schadzek – Melina.
Druga randka Leny i Nikolaia obyła się już bez niedopowiedzeń – spacer za rękę po okolicznym parku, deklaracje oficjalnego bycia razem…
Potem weszli do Stodoły, gdzie spróbowali sił w karaoke. Żadna z sióstr Viltchak nie mogła pochwalić się głosem skowronka, choć obie nadrabiały entuzjazmem, za to Nikolai całkiem ładnie śpiewał, chociaż nie do końca czysto.
Ich druga oficjalna randka zakończyła się w mieszkaniu Nikolaia, gdzie dosyć szybko przeszli do rzeczy. Tygodnie wspólnie spędzonych przerw w pracy i spacerów po jej zakończeniu, które poprzedzały drugą oficjalną randkę, sprawiły, że poczuli się gotowi na kolejny krok.
Lena nie pytała ile Nikolai miał dziewczyn przed nią; nie chciała wiedzieć, bo wiedziała, że będzie się porównywała. Ona, lata temu, spotykała się z Connorem, ale przy Connorze nigdy nie czuła się tak kochana i tak bardzo na miejscu, jak przy Nikolaiu. Chciała wierzyć, że Nikolai czuł się podobnie, i że nie kłamał, kiedy go o to spytała, a on potwierdził.
Lena i Nikolai byli parą już od miesięcy – w tym czasie udali się nawet razem na ślub Mickeya i Asha – więc, kiedy Nikolai zaproponował jej, żeby się wprowadziła, zgodziła się. Oczywiście nie od razu, bo jak to tak, zostawi malutką siostrę samą z ojcem-alkoholikiem? Ale Alicia przekonała Lenę, żeby choć raz pomyślała o sobie.
Niemal pierwszym, co Lena z Nikolaiem zrobili po przekroczeniu progu, było skorzystanie z wspólnego już łóżka. I to nie zdrzemnięcie się w nim, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności, bo potem drzemka i tak się odbyła.
Nikolai postanowił wstać wcześniej i przygotować wspaniałe śniadanie, w skład którego wchodziły mleko i płatki, co i tak było niezłym popisem jego umiejętności kulinarnych, bo do tej pory jadł tylko kanapki z automatów w pracy, a na obiady zamawiał chińszyznę lub pizzę.
Czasami Alicia wpadała w odwiedziny i, głównie ze względu na Lenę, zdawała relacje z tego, co się działo w domu – czyli, że bez zmian, ojciec nadal pije, ale jej to nie przeszkadza, bo i tak skupia się na pracy albo wychodzi gdzieś z Ashem… Lena, choć nie wydzwaniała już ciągle do braci, i tak pragnęła być na bieżąco, więc przy okazji wizyt Alicii, dowiadywała się, co u Mickeya, a do Mattiego starała się raczej pisać, nie dzwonić. W końcu była ich siostrą, nie prawdziwą matką, a w przeszłości potrafiła być bardziej nadopiekuńcza niż niejedna z bardziej natrętnych matek…
Pewnego popołudnia Nikolai zabrał Lenę do Pubu pod Zrzuconym Wieńcem, gdzie umówili się po raz pierwszy, i który, pomimo nazwy, na parterze był też restauracją i może w codziennej ofercie nie podwali homara, ale Nikolai dogadał się z obsługą (oraz sporo dopłacił za sprowadzanie składników).
Może i Nikolai mógł poczekać do końca posiłku, ale tak się stresował, że przełykanie kęsów homara sprawiało mu prawdziwą trudność, więc wyjął puzderko z pierścionkiem zaręczynowym zanim zjedli.
Przez krótką chwilę, która zdawała ciągnąć się w nieskończoność, Nikolai bał się, że Lena jednak odmówi, ale nie zrobiła tego. Jak mogłaby, skoro kochała go całą sobą?
Zaręczyny uczcili kieliszkiem bezalkoholowego szampana – tego samego, którego spróbowali podczas pierwszej randki (w ten element Nikolai nie chciał ingerować, bo budził miłe wspomnienia, chociaż proponowano mu, że razem z homarem mogą zamówić alkohol z wyżej półki).
Dobrze się złożyło, z tymi zaręczynami, bo Lena i Nikolai już wkrótce mieli zostać rodzicami.
Michał nie zrezygnował ze starych nałogów, ale coraz częściej dopadała go przykra myśl, że alkohol, zamiast pomóc po stracie żony, sprawił, że oprócz niej stracił też dwójkę dzieci – Lena i Mattie nie odzywali się do niego (tego drugiego, odkąd wyjechał na studia, spotkał ponownie dopiero na ślubie Mickeya…).
Do Alicii z czasem dotarło, że Michałowi daleko do wzoru dobrego ojca i Lena od początku miała rację, będąc na niego taką ciętą, ale to nie sprawiło, że kochała go mniej; nadal wszystko wybaczała.
Alicia już zdążyła się pogodzić, że ze swoim niepełnym wykształceniem pewnie nigdy nie dostanie wyczekiwanego awansu, zawsze ktoś ją ubiegał, ale w końcu doczekała się i została asystentką działu.
Michał, jak na alkoholika z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, żył naprawdę długo; ale w końcu i o niego upomniał się Mroczny Kosiarz. Alicia czuła się zdruzgotana po śmierci ojca, nawet wzięła kilkudniowy urlop, choć przebywanie w pustym domu jej nie służyło.
Z całej czwórki, to Alicia najgorzej zniosła śmierć Michała. Lena i Mattie właściwie nie przejęli się zbytnio jego odejściem, tylko Mickey cieszył się, że zdążył wyjść za mąż jeszcze przed śmiercią taty. Ale rodzeństwo wspierało najmłodszą siostrę i wpadało często w odwiedziny, by ta nie była sama. Nawet Mattie się zjawił, pierwszy raz od osiemnastych urodzin Alicii.
Przy okazji Mickey mógł pozachwycać się faktem, że drugi raz zostanie wujkiem i dojść do wniosku, że może sam chciałby zostać ojcem – do obgadania z Ashem.
Lena dzwoniła do Mickeya nierzadko w nieodpowiednich momentach (jego grafik był nieprzewidywalny), ale zawsze cieszył się z telefonu siostry. Często też sam do niej dzwonił, tak samo jak do Mattiego, który od dłuższego czasu pracował w stałych godzinach.
Z Alicią kontaktu telefonicznego, czy internetowego, nie utrzymywał, ponieważ Alicia została stałą gościnią przyczepki, dlatego nie zachodziła taka potrzeba.
Oczywiście nie odwiedzała ich tak często ze względu na brata, a Asha, jej najlepszego przyjaciela. Kiedy Mickey wyszedł na zakupy, Ash musiał poradzić się Alicii w ważnej sprawie – zamierzał oświadczyć się Mickeyowi, ale problemem okazał się wybór pierścionka, nie miejsce oświadczyn czy jakieś wahania…
Bo oświadczyć Ash zamierzał się Mickeyowi przy kolacji, i to takiej, którą sam zrobił, skoro to Mickey zwykł gotować. Stresował się, czy Mickey doceni gest czy może lepiej wyszłoby gdyby porwał się na drogą restaurację, owszem, ale nie przewidywał odmowy.
I nie zawiódł się – Mickey przyjął pierścionek (Ash zdecydował się w końcu na klasyczny model, żadnych udziwnień) bez zastanowienia.
Poronili łzy wzruszenia, a potem dokończyli posiłek; pierwsze w życiu spaghetti Asha, idealnie według przepisu (Mickey zwykł modyfikować przepisy), wyszło naprawdę niezłe.
Mickey zaprosił Mattiego, któremu osobiście pochwalił się pierścionkiem zaręczynowym i pomysłem, gdzie chcą z Ashem zorganizować wesele, czyli na dachu przyczepy. Przy okazji uprzedził Mattiego, że zaprosił też ojca (rodzina Mattiego jeszcze nie miała okazji go poznać), i zapytał czy mógłby odkupić garnitur ślubny.
Kiedy nastał wielki dzień Mickeya i Asha, sam Gordon Krolevich, zezwoliwszy na wolne, chciał się wprosić na ślub, ale ostatecznie nie przybył (prawdopodobnie pokazywał tylko, kto rozdaje karty, znajcie łaskę pana… a może rzeczywiście tego typu uroczystości wzruszały bossa, jak zarzekał).
Na ślub zaproszono Mattiego, wraz z Sienną i Elliotem, Michała i Alicię, oczywiście, oraz Lenę i jej partnera, Nikolaia – całą rodzinę. Mattie szybko odbębnił formalności, przedstawił żonie i synowi ojca, Lena za jego przykładem oznajmiła, że Nikolai to jej nowy chłopak, a potem dwójka rodzeństwa do samego końca ignorowała Michała.
Mickey, w marynarce po bracie (Mattie nie chciał wziąć od niego nawet simoleona) i Ash, który swój zestaw znalazł po taniości w second handzie, i w którym zakochał się od pierwszego wejrzenia, prezentowali się iście elegancko.
Wymiana przysiąg i obrączek, a w tle polały się łzy wzruszenia i posypały oklaski…
…i pocałunek, choć jeden z tysięcy, to jednak pierwszy jako mąż i mąż, przypieczętowujący związek.
Ozdobne figurki ogrodowe ponownie budziły zainteresowanie wśród gości. Przy nich każdy mógł się przeistoczyć w kleptomana.
Potem przyszedł czas na tańce, smaczne jedzenie i integrację – Lena, jak zwykle, kiedy nadarzała się okazja, zachwycała się inteligencją Elliota (a teraz w końcu miała czym się zachwycać, bo ostatnim razem widziała go zanim zaczął chodzić do szkoły).
Alicia, oczywiście, najwięcej czasu przegadała z Ashem, który, tak właściwie, poza mężem, głównie z nią spędził wesele. Największym zaskoczeniem wśród gości i pary młodej okazała się jednodniowa abstynencja Michała.
Mickey doceniał, że ojciec powstrzymał się od picia, choć jakiś tam niskoprocentowy alkohol przygotowano dla gości (Lena sugerowała, żeby na wszelki wypadek przyjęcie odbyło się bez procentów, ale Mickey i Ash uważali, że nie będą całkowicie z nich rezygnować, tylko poproszą Michała, by nie przesadził).
Ich urlop przeciągnął się trochę – Krolevich wysłał kartkę z życzeniami, premią w ramach prezentu, i propozycją dwóch dni wolnego w ramach miesiąca miodowego, jak hojnie.
Spędzili ten czas na leniuchowaniu, jedząc dobre jedzenie i, po prostu, ciesząc się sobą. I na bara-bara też znalazła się chwila, ale woleli porozmawiać o rzeczach mniej lub bardziej poważnych, bo przez pracę nie zawsze zgrywali się czasowo, czy zobaczyć wspólnie filmy.
Po śmierci ojca, Alicia źle znosiła samotność i przebywanie w domu rodzinnym, ale na szczęście zawsze mogła liczyć na brata i zięcia, którzy zapraszali ją do siebie, gdy tylko chciała. I nawet jeśli zaraz musieli wychodzić, ona mogła zdrzemnąć się na kanapie.
Zdarzało się, ostatnimi czasy rzadziej, ale nadal, że Mickey wpadał do Catfish Cove do Mattiego, który Sweetwater Hills wolał omijać. Grali wtedy, dużo rozmawiali i, ogólnie rzecz ujmując, nadrabiali zaległości.
Mickey zachwycał się ulubionym, i jak na razie jedynym, siostrzeńcem. Im więcej czasu spędzał na zabawie z Elliotem i dostrzegał, że chociaż toto jakieś małe, to całkiem sporo rozumie, tym mocniej głęboko w nim budził się instynkt ojcowski.
Nadeszła pora by Elliot zdmuchnął świeczki z tortu urodzinowego; w skromnym gronie, tylko rodzice.
Wdał się w mamę tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jedynie wysyp piegów dostał w pakiecie od ojca. Wciąż z fryzurą prawie od garnka, która powoli mu przeszkadzała, wkrótce zaczynał szkołę.
Na szczęście w podstawówce jedynym dramatem Elliota były zadania domowe z simgielskiego, z którymi, co za szczęście, pomagała mu się rozprawić matka.
No i pozostawała jeszcze opiekunka, która, nie wiedzieć czemu, nie chciała godzić się, by Elliot całymi dniami oglądał telewizję lub grał na konsoli albo zakradał się do komputera taty. Choćby nie wiadomo jak ładnie ją prosił, ona równie ładnie odmawiała.
Potem skarżył się ojcu, kiedy tylko wracał z pracy, licząc, że będzie bardziej skłonny do zniesienia zakazów i nakazów pani Karen i mamy, ale wszystko na marne – najwyraźniej on też tkwił w tym spisku po uszy.
A tymczasem Mattie awansował na przywódcę gildii.
Elliot i dyskusje z mamą na temat nienaruszalności zasad, które zostały postawione, by sprzyjały rozwojowi chłopca.
– Ale gdyby tata już w moim wieku miał komputer, to teraz byłby największym geniuszem komputerowym w SimCity i bylibyśmy miliarderami…
– Albo gry komputerowe tak by go ogłupiły, że nawet nie dostałby się na studia – wzdychała Sienna. – Kochanie, godzina dziennie przed komputerem lub konsolą zdecydowanie ci wystarczy. W weekendy i tak możesz korzystać z nich dłużej.
Lata małżeństwa leciały, ale pokłady czułości do siebie nawzajem wciąż takie same.
Do Mattiego przyjechała również Lena, żałująca, że ze względu na pracę, jej i brata, nie mogła wpadać w odwiedziny częściej. Pograli w szachy – Lena dała się popisowo ograć – i porozmawiali od serca, nadrabiając stracony czas.
Lena nie mogła wyjść z podziwu, widząc jak Elliot szybko rośnie i staje się coraz bardziej elokwentnym i oczytanym, a w dodatku naprawdę towarzyskim, młodym simem.
Sienna została redaktorką naczelną. Od wymarzonej posady magnatki wydawniczej dzielił ją tylko jeden awans.
Elliot uwielbiał gdy tata miał wolne – nic nie sprawiało mu takiej przyjemności jak rodzinna gra na konsoli, jeszcze w piżamach, choć niemal zawsze przegrywał, stając naprzeciw Mattiego.
Elliot wkrótce miał urodziny. I znowu nie zjechała się cała rodzina, ale później, w przeciągu kilku dni, Viltchakowie po kolei gościli każdego członka (nawet Alicię, wychodzącą powoli z depresyjnego stanu po śmierci ojca), który obdarował Elliota nie tylko znakomitym towarzystwem, ale i prezentami.
Z wiekiem Elliot wcale nie przypominał ojca bardziej; nadal wyglądał jak klon Sienny w męskiej wersji.
Bonus 1.: Jeszcze jedno zdjęcie gotującego Michała.
Bonus 2.: Dwa zdjęcia ze ślubu. Jedno, bo w poście wylądowało bardzo podobne, i drugie, na którym Mattie próbował ukraść flaminga (szybko interweniowałam!), na którego zaczaiła się kiedyś i zwędziła Sienna. Kleptomania pozostaje w rodzinie, jak widać.
Bonus 3.: I zdjęcie do wstawienia w rameczkę, na którym była obecna cała żyjąca rodzina.
Bonus 4: Wilki/psy jakimś cudem wjechały windą na sam szczyt budynki, ale potem nie umiały zjechać w dół, więc utknęły tam, zawodząc z głodu. Prawdopodobnie dosyć późno zorientowałam się w sytuacji, więc mogły błąkać się tam naprawdę długo.































































































































































































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz